Kilka przemyśleń po dwóch tygodniach

Postanowiłem opisać kilka aspektów życia na południu Francji, które już w pierwszych dniach zdążyły rzucić mi się w oczy.

  1. Klimat – w momencie pisania tego posta trwa akurat poważne załamanie pogody – od dwóch dni pada i zrobiło się zimno (czyli jakieś 14 stopni ;)), ale rozpogodzenie zapowiadane jest na najbliższą sobotę. Zanim pogoda się zepsuła, mieliśmy jednak dwa słoneczne tygodnie, a więc mogliśmy codziennie oglądać niebieskie, bezchmurne niebo, siedząc na tarasie w temperaturze 20 stopni, a jest listopad, czyli praktycznie zima! Od lutego zaczyna się wiosna, zaś w maju lato jest już w pełni. Okna naszego mieszkania wychodzą na południowy zachód, co w lato może dać się we znaki – temperatura sięga wówczas 38 stopni w cieniu, zaś deszcz może nie padać nawet i cztery miesiące.
  2. Praca – ma przede wszystkim sprawiać przyjemność i dawać satysfakcję. Z takiego przynajmniej założenia wychodzą tubylcy. Dla Polaka przywyczajonego do goniących, „nieprzekraczalnych” terminów, wzywającego co i rusz na dywanik szefa i nieraz bezsensownego parcia na wydajność jest to niemały szok. Pracuje się tu o wiele mniej, kładzie się nacisk na życie rodzinne i aktywność pozazawodową, co niewątpliwie zwiększa zadowolenie i chęć do pracy. Ma to jednak i swoje ciemne strony. W porównaniu do pracy w Polsce mam wrażenie, że występuje tu pewna bezczynność. Przykładowo na wykonanie zadania, które powinno zająć mi około tygodnia, może dwóch, otrzymałem dwa miesiące. W firmie widać też typową korporacyjną bezwładność, ale o tym innym razem. Na razie cieszę się brakiem jakichkolwiek stresów i cztedziestominutowymi przerwami na kawę na dachu budynku z widokiem na Alpy i morze jednocześnie.
  3. Jedzenie – to tutaj świętość. Francuzi potrafią godzinami rozprawiać na tematy kulinarne, zaś dzień bez porządnego lunchu jest dniem straconym. Przerwa na posiłek trwa w mojej pracy ponad półtorej godziny i nawet stołówkowe jedzenie jest tu znośne. W mieście pełno jest małych knajpek i restauracji zapełniających się w godzinach południowych mimo nie najniższych cen. Ciekawostką jest fakt, że najtańszym mięsem jest tu wołowina (o wiele lepsza niż dostępna w Polsce – mięso pochodzi od ras typowo mięsnych), a na stołówce największa kolejka ustawia się po świeżo grillowane steki z polędwicy i antrykotu (obowiązkowo krwiste). Żywność dostępna w sklepach zdaje się być bardzo dobrej jakości. Zwykły camembert kupiony w tutejszym markecie całkowicie różni się od tego dostępnego w Polsce – przede wszystkim czuć go na kilometr ;).

To tyle, jeśli chodzi o moje pierwsze wrażenia. Niedlugo Magda opisze swoje przygody związane z poszukiwaniem intensywnego kursu języka francuskiego oraz podejście mieszkańców południa do obcych. Zamieściliśmy również pierwszą galerię zdjęć z Lazurowego Wybrzeża.

Bartek

Reklamy

One thought on “Kilka przemyśleń po dwóch tygodniach

  1. Świetny blog, wiele dowcipnych sformułowań, czyta sie go łatwo i przyjemnie. Z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy. Gratuluję, W.G.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s