Czego nie dowiesz się o Francji z przewodników turystycznych

Przygotowując wycieczkę do Francji, czytamy przewodniki, różnego rodzaju poradniki, słyszymy o stereotypach, w które trudno nam uwierzyć. Czego możemy się spodziewać, przyjeżdżając do Francji?

Francja to kraj, w którym kuchnia jest jednym z najpowszechniejszych tematów poruszanych w rozmowach w grupie znajomych, w rodzinie, z nowo napotkaną osobą. Nigdy wcześniej nie widziałam dwóch mężczyzn dyskutujących z takim zafascynowaniem o zjedzonym wczoraj obiedzie, o nowo powstałej restauracji, o tym, jak przyrządzają zapiekankę. Francuzi są mistrzami w nazywaniu potraw. Patrząc na kartę dań w restauracji, obcokrajowcy często muszą dopytywać, co kryje się za nazwami potraw. Jedynie Francuzi potrafią je rozszyfrować. Do dziś pamiętam sytuację, gdy pokusiłam się o wybór przypiekanej na złoto drożdżówki polanej obfitą porcją rozpływającego się w ustach słonego karmelu w towarzystwie wyśmienitych lodów waniliowych. Jakaż byłam rozczarowana, widząc na talerzu suchara polanego karmelem z jedną smutną gałką lodów.

Idąc do restauracji, należy pamiętać, że nie obowiązuje tu reguła „klient nasz pan”. We francuskich restauracjach to kelner jest gwiazdą. Wchodząc do restauracji, należy cierpliwie poczekać, aż podejdzie do nas kelner, który sam wyznaczy, gdzie mamy usiąść. Chcąc go wezwać ponownie do stolika, należy nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Zatem zakaz cmokania, pstrykania palcami czy krzyczenia. Jeśli kelner przyjdzie, by przyjąć zamówienie, a my nie będziemy jeszcze przygotowani, możemy liczyć na to, że będzie nas za karę ignorował przez kilkanaście następnych minut. O ile we Francji mamy prawo poprosić o darmowa wodę do picia z kranu, w niektórych restauracjach możemy zostać okrzyczani za niezamawianie wina czy innych napojów, ponieważ to na nich najwięcej zarabia restauracja. Raz wybraliśmy się do restauracji, która nie uchodzi za najtańszą. Do posiłku zamówiliśmy więc wodę z kranu, która we Francji nadaje się do picia. Ile się nasłuchaliśmy sfrustrowanej kelnerki, a zarazem właścicielki, która nie omieszkała nam wspomnieć, ile musi płacić za wynajem lokalu i o ile podniósł podatki obecny prezydent.

Co dalej z tą tradycją dobrego jedzenia? Francuzi znacznie częściej jadają w restauracjach niż Polacy. Duże firmy dają często pracownikom jako dodatek do pensji talony na jedzenie. Można nimi płacić w sklepach za żywność oraz w większości restauracji. Jednak zaskoczona byłam, że przy takiej tradycji kulinarnej wielu Francuzów żywi się fast foodami lub gotowymi daniami do podgrzania. Furorę we Francji robią gotowe dania z firmy Picard (coś jak Hortex, lecz robią nie tylko mrożonki, ale gotowe spaghetti oraz różne dania mięsno-ryżowe lub makaronowe). Co najciekawsze, plotkując z koleżankami z pracy, usłyszałam, że obgadywana osoba jest zapewne gruba dlatego, iż często chodzi do restauracji. Ale jak, chwileczkę – przecież można chodzić do restauracji i jeść z umiarem, wybierać zdrowe posiłki. Jednak przyglądając się temu, jak Francuzi jedzą w restauracjach (szczególnie wieczorami), nieco bardziej rozumiem: przystawki, danie główne, obowiązkowy deser.

Francuzi uważają się za wielkich smakoszy kawy. Tradycyjna francuska kawa to espresso, dlatego prosząc o kawę i nie określając jej rodzaju, otrzymamy małą czarną. Jednak Francuzi nie mają pojęcia o tym, jak prawidłowo ją przyrządzić. W kawiarniach stoją wielkie profesjonalne maszyny, jednak nikt nie wie, jak się je powinno obsługiwać. Co więcej, Francuzi są przeświadczeni, że to, co piją, jest najprawdziwszą, dobrą kawą. Może dlatego nawet espresso słodzą dwiema saszetkami cukru, bo inaczej jest niepijalna?

No właśnie, Francuzi spożywają bardzo duże ilości cukru. Na śniadanie pain au chocolat, croissant z dżemem, do lunchu deser, o 16 do kawy deser, na wieczór po obiedzie deser. Długo szukałam w sklepie muesli, które nie byłyby słodzone. Znalazłam je jedynie w dziale bio, lecz zawsze trzeba patrzeć dokładnie na skład, bo i tam są produkty, które bio są tylko z nazwy.

Pracując we Francji, należy uważać na to, co się mówi. Pod żadnym pozorem nie należy krytykować pracy kolegi, mimo że nie robi nic, robi coś źle, narażając na szwank wizerunek lub finanse firmy, albo mógłby robić coś lepiej. Nasz polski kolega na okresie próbnym w firmie informatycznej powiedział na głos, wyrażając swoje oburzenie błędami w programie, że to oprogramowanie chyba robiła osoba, która totalnie się na tym nie znała. Jeszcze tego samego dnia został wezwany na dywanik za szerzenie nienawiści i za psucie atmosfery w pracy, po czym przedłużono mu okres próbny o kolejne trzy miesiące. Koleżanka Angielka miała dosyć stosowanego w pracy mobbingu, na który wszyscy narzekali. Psychicznie nie wytrzymała tego, że szef zmuszał pracowników do darmowej pracy wieczorami, weekendami, a jak się sprzeciwiali, to na nich krzyczał. Gdy odważyła się powiedzieć, że atmosfera w firmie jest beznadziejna i z tego powodu się zwalnia, bo przez ponad rok nie miała ani chwili na życie rodzinne, zrobiono z niej psychicznie chorą, a żaden francuski kolega jej nie poparł, udając, że nie wie, o co jej chodzi. Koleżanka Polka była na stażu w pewnej firmie. Musiała jednego dnia iść na uczelnię, by skontaktować się ze swoim promotorem, więc podała prawdziwy powód swojej nieobecności. Po powrocie została wezwana do dyrektora i zwyzywano ją za niepoważnie traktowanie stażu. Jej kolega zaś nie poniósł żadnych konsekwencji, kłamiąc, że nie było go w pracy, ponieważ miał grypę żołądkową. Inna koleżanka Polka pracuje w dużej firmie amerykańskiej. Jej manager powiedział jej wprost, że jeśli chce awansować, powinna przestać mówić ludziom wprost, co o nich myśli. Przykleiła sobie zatem karteczkę na monitor ze słowami „Uśmiechaj się i milcz”.

Należy także pamiętać, że Francuzi uwielbiają plotki. Powszechne jest obgadywanie się nawzajem w pracy. W Polsce gdy nie lubię Kasi, obgaduję ją z moją najlepszą koleżanką Zosią. We Francji zaś Kasię obgaduję z Zosią, a Zosię obgaduję z Kasią. Zapewne też Zosia i Kasia obgadują mnie za moimi plecami. Jeśli nie zaangażuję się w obgadywanie, będę postrzegana jak odludek i koledzy z pracy będą rozmawiali ze mną jedynie o sprawach niezbędnych do zrealizowania projektu.

Stereotyp o Francuzach, którzy ciągle strajkują, jest zupełnie prawdziwy. Strajk obsługi pociągów jest wpisany w ich zawód. Chcąc jechać pociągiem na rozmowę o pracę lub na egzamin, należy się dzień wcześniej upewnić, że nie są przewidywane strajki na następny dzień. Strajki organizowane są średnio 6 do 10 razy w roku i czasem trwają nawet ponad tydzień. Powodem strajku jest albo żądanie podwyżki, albo sprzeciw wobec chęci wprowadzenia na rynek konkurencji. W czerwcu zeszłego roku zorganizowano we Francji strajk taksówkarzy, którzy blokowali dojazdy do lotnisk w całym kraju. Protestowali przeciwko działaniu firmy Uber. Podpalali i dziurawili opony pracowników Ubera, przewracali samochody, a policja nic z tym nie robiła. Wiele lotów zostało odwołanych z powodu zablokowania obsługi samolotów przed wejściem na lotniska. Taksówkarze blokowali nawet samochody dowożące na lotnisko niepełnosprawnych biorąc je za samochody Ubera. Widzimy zatem, jak wielką rolę we Francji odgrywają związki zawodowe. Firma obsługująca koleje państwowe, taksówkarze, autobusy stanowią monopol na rynku. Przez to ich usługi drożeją i często tracą na jakości. Widząc zagrożenie w postaci nadchodzącej konkurencji, skostniałe firmy strajkują, a rząd posłusznie spełnia ich prośby, nie doprowadzając do zmiany status quo.

Francuzi rozdzielają dwie sprawy, jakimi jest miłość i życie seksualne. Posiadanie kochanki jest faktem zupełnie akceptowalnym przez społeczeństwo. Co więcej, w niektórych grupach społecznych jest to całkiem modne, prestiżowe. W małej firmie, dla której pracowałam, każdy z 3 współpracowników miał kochankę. Nie przeszkadzało tym mężczyznom, że znaliśmy ich żony i dziewczyny, a potem widzieliśmy z kochankami. Koleżanka Francuzka opowiadała mi także, że na imprezy w gronie znajomych jej kolega raz przychodzi z żoną, raz z kochanką. Gdy pytałam o jej reakcję, stwierdziła, że zupełnie jej to nie przeszkadza.

We Francji korzysta się często z klubów swingersów, które nazywane są club libertin/ échangiste. Ich istnienie nie jest tematem tabu, korzystanie chyba również nie. Po raz pierwszy usłyszałam o ich popularności w szkole od naszej nauczycielki, która opowiadała o tym fenomenie z taką swobodą, z jaką opowiada się o wyjściu do kina. Co ciekawe, wyszukując takich klubów w Google, można zobaczyć ocenę oraz opinie sygnowane imieniem i nazwiskiem bywalca.

club_libertin

Francuzki są zaprzeczeniem Matek-Polek. Nie są to kobiety, które poświęcają swoje życie dla męża czy dziecka. Jeśli nie czują się dobrze w małżeństwie, rozstają się, nie patrząc, jak to wpłynie na dziecko. Wśród moich znajomych niewiele osób ma rodziców, którzy żyją ze sobą. W pracy wielu ludzi już było dawno po ślubie, dzieciach i rozwodzie. Bardzo popularny jest termin famille recomposée. Określa on nową rodzinę stworzoną z pani, pana oraz dzieci z poprzednich związków. Mimo tego, że po rozwodzie byli małżonkowie muszą się ze sobą kontaktować w sprawie ich wspólnego dziecka, bardzo modne jest mówienie bardzo źle o byłym partnerze. W dobrym tonie jest obrażanie go na portalach społecznościowych lub w gronie znajomych. Można wtedy liczyć na wsparcie od znajomych, którzy często też już przeszli rozwody.

Aborcja we Francji jest dozwolona wtedy, kiedy kobieta ma na nią ochotę. Jest refundowana ze środków państwa. Może jej dokonać każda kobieta, która przyjedzie do Francji, w każdym wieku. Dziewczyna nieletnia nie musi mieć pozwolenia na zabieg od rodziców, co więcej, rodzice nie są o nim informowani. Aborcja we Francji nie jest tabu. Powagę tego zabiegu w mentalności Francuzek można porównać do leczenia dziury w zębie. Nie jest na pewno czymś, czego Francuzki by się wstydziły. Poczułam pewne zakłopotanie, kiedy po raz pierwszy koleżanka z dużą swobodą opowiadała mi, jak jej mama w młodości dokonała aborcji. Innym razem koleżanka w pracy na forum powiedziała, że gdyby teraz, mając już dwoje dzieci, zaszła w ciążę, na pewno by usunęła, bo nie chce jej się znowu wracać do pieluch. Kiedyś rozmawiałam w pracy z inną koleżanką, opowiadałam jej sytuację mojej koleżanki (nie-Francuzki), która dowiedziała się, że jest w ciąży, jednak ponieważ poziom hormonów był bardzo wysoki jak na początek ciąży, ginekolog zasugerował, że to albo ciąża bliźniacza, albo koleżanka jest w trzecim miesiącu. Moja koleżanka z pracy bardzo zmartwiła się sytuacją ciężarnej, mówiąc: „Ojej, skoro to trzeci miesiąc, to już za późno, żeby usunąć!”. Aby zbagatelizować wagę zabiegu, słowo aborcja – avortement zostało zastąpione skrótem IVG (interruption volontaire de grossesse – dobrowolne zatrzymanie ciąży). Aborcja jest legalna we Francji od 1975 roku. Można jej dokonać do 12. tygodnia ciąży. Wcześniej kobieta po pierwszej wizycie u lekarza i deklaracji, że chce przerwać ciążę, musiała odczekać 7 dni. Przez ten czas miała się zastanowić, czy na pewno chce wykonać zabieg. W 2015 ta reguła została jednak usunięta, uznano, że ten zabieg jest normalnym zabiegiem medycznym i nie trzeba kobiety zmuszać do przemyślenia swojej decyzji. Przeprowadza się ją na dwa sposoby – do 5. tygodnia ciąży za pomocą pigułek, w przypadku późniejszej ciąży za pomocą zabiegu. Według statystyk we Francji rocznie przeprowadza się około 200 tysięcy aborcji (w 2013 wykonano 229 tys. zabiegów). Co ciekawe, tylko 11% kobiet decydujących się na zabieg to kobiety poniżej 20. roku życia. Największą grupę stanowią kobiety od 20. do 24. roku życia – ok. 28%. Według statystyk co czwarta ciąża we Francji jest usuwana.

Palenie we Francji jest w modzie. Jakiś obcokrajowiec kiedyś stwierdził, że papieros to element ubrania Francuza. Pali się wszędzie – na ulicy, przystankach. Mimo iż palenie jest zabronione w restauracjach, na południu Francji restauracje często są otwarte, a kelnerzy pozwalają palić klientom znajdującym się bliżej drzwi (przecież nikomu to nie przeszkadza, a dym i tak wejdzie do środka z tarasu restauracji, więc po co zabraniać). Często siedząc w grupie znajomych na tarasie restauracji, w czasie jedzenia francuski znajomy wyciąga papierosa i zaczyna palić bez pytania, czy komuś to będzie przeszkadzało. Osoba, która deklaruje, że przeszkadza jej dym papierosowy, jest postrzegana jako dziwak. Według statystyk co drugi Francuz w wieku 18-34 pali, a 27% Francuzów między 15. a 85. rokiem życia określa się nałogowym palaczem. Badania podają, że w wieku 14 lat Francuzi palą swojego pierwszego papierosa i od lat 16 zaczynają palić regularnie. Francuzi w wieku 12-25 lat spalają średnio 10 papierosów dziennie, osoby między 26. a 75. rokiem życia palą codziennie średnio 15 papierosów.

Magda

Reklamy

Jak się leczyć, to tylko we Francji!

Ostatnio zamieściłam notkę o samym systemie francuskiej opieki zdrowotnej, dziś będzie nieco ciekawiej – o lekarzach, pielęgniarkach, aptekarzach i o warunkach panujących w lekarskich gabinetach.

We Francji nie istnieje podział na publiczne i prywatne gabinety lekarskie. Wszystkie kliniki i gabinety są prywatne. Taki system sprawia, że wszyscy mogą, niezależnie od tego, ile mają pieniędzy, liczyć na ten sam poziom opieki zdrowotnej i na równy poziom traktowania. Lekarza nie obchodzi to, ile pacjent ma pieniędzy, sam wyznacza ceny wizyty oraz leczenia, należy zapłacić, a potem okazać kartę ubezpieczeniową w celu uruchomienia procedury refundacyjnej. Wysokość refundacji zależy głównie od tego, czy i jakie posiadamy ubezpieczenie prywatne, które uzupełnia kwotę zwracaną przez zakład ubezpieczeń społecznych (60%, 70% lub 100% stawki podstawowej).

To, co nas zdziwiło we Francji, to brak możliwości znalezienia opinii o lekarzach na stronach internetowych. Komentowanie kompetencji lekarskich w Internecie jest niezgodne z prawem. Aby więc wybrać się do lekarza, musieliśmy pytać znajomych o polecenie konkretnej osoby lub udać się do przypadkowo wybranego gabinetu.

Zaskoczeniem było to, że lekarze poświęcają pacjentom we Francji naprawdę dużo czasu. U lekarza pierwszego kontaktu spędziliśmy prawie godzinę! Nie ma dużych kolejek przed gabinetami, bo lekarze umawiają się na konkretną godzinę.

Mimo że nie zawsze lekarze mają nowocześnie umeblowane gabinety, dysponują potrzebnym do zdiagnozowania choroby sprzętem. Na wizytę u lekarza czeka się od jednego do kilku dni, chyba że lekarz jest bardzo popularny w regionie – wtedy około dwóch tygodni. W większych klinikach warunki są wręcz luksusowe, w poczekalniach znajdują się wygodne kanapy, każdy gabinet wyposażony jest w komputer zawierający kartoteki pacjentów, a niemal wszyscy lekarze mają swoją sekretarkę. Owszem, spotkaliśmy się z sytuacją, kiedy pies biegał po laboratorium, gdzie przechowywano wyniki badań pacjentów (wynika to z faktu, że Francuzi traktują psy jako członków swojej rodziny – do tego stopnia, że psy chodzą do restauracji, jeżdżą na wycieczki czy są podnoszone ponad tłumem, aby obejrzeć koncert), poza tym jednak gabinety są schludne, czyste, a lekarze mili i przyjaźnie nastawieni.

Każdy pacjent powinien już na początku wybrać swojego lekarza rodzinnego, inaczej ubezpieczenie społecznie nie będzie mu zwracało całej przewidzianej kwoty refundacji. To lekarz rodzinny, podobnie jak w Polsce, kieruje pacjenta na badania czy do lekarzy specjalistów.

Kolejnym zaskoczeniem była szybkość wykonywania wszelkich badań. Punkt pobrań krwi, rentgen czy USG nie znajdują się w przychodni czy w gabinecie lekarskim, mieszczą się one w osobnych prywatnych placówkach. W większości nie trzeba się rejestrować, a jeśli trzeba, czas oczekiwania na badanie jest krótki. Punkt pobrań krwi, w którym byłam, znajdował się na sąsiadującej z naszą ulicy. Wnętrze nowoczesne, sprzęt także, ładny zapach (w Polsce często niestety bywałam w przychodniach przesiąkniętych zapachem moczu przyjmowanego do analizy), wyniki dostępne już po kilku godzinach, nawet w soboty. Pewnego dnia zaczął mi doskwierać ból pleców. Lekarz zlecił mi wykonanie badań rentgenowskich. Zdjęcie wraz z pełnym opisem otrzymałam już po 10 minutach, a lekarz przepisał mi masaże – wszystko refundowane przez ubezpieczyciela. Podobno osoby cierpiące na dolegliwości kręgosłupa mogą starać się o darmowy karnet na siłownię.

W większości przypadków za leki przepisane przez lekarza przysługuje pełna refundacja. Dla nas, przyzwyczajonych do zostawiania małych fortun w aptekach dosyć zabawna jest sytuacja w której idziemy do apteki, pokazujemy receptę i kartę zdrowia, pakujemy leki do torebki i wychodzimy, gdyż w aptekach nie płaci się za leki w pełni refundowane na miejscu, lecz odpowiednia kwota jest ściągana bezpośrednio od ubezpieczycieli. Czemu nie można było tego samego systemu zastosować do wizyt u lekarzy? Nie wiadomo…

Nasze ubezpieczenie prywatne obejmuje także większość usług stomatologicznych, w tym ściąganie kamienia nazębnego, a także zakup soczewek kontaktowych (dwuletni zapas) i okularów wraz z markowymi oprawkami. Nasz kolega ma dużą wadę wzroku i w ramach ubezpieczenia udało mu się zamówić nawet maskę do nurkowania z korekcją. My zaś wraz z tradycyjnymi okularami otrzymaliśmy gratis okulary przeciwsłoneczne z korekcją wzroku.

Farmaceuta we Francji jest także osobą, która w mniej poważnych przypadkach często zastępuje lekarza. Mimo że zakup leków bez recepty nie dostaje się refundacji, większość Francuzów woli najpierw skonsultować swoje dolegliwości z farmaceutą. Podkreślę także, że popularne i przepisywane przez lekarzy są tutaj leki homeopatyczne, których w Polsce znaczenie jest zupełnie pomijane.

Jeśli chodzi o sprzedawane leki, to francuski rząd nie boi się ich sprzedawać w większych niż w Polsce ilościach. Wielokrotnie kupowałam tabletki przeciwbólowe czy inne leki, po czym dziwiłam się wielkością opakowania, ponieważ zapas wyglądał na co najmniej kilkumiesięczny.

Mam jednak wrażenie, że nie wszyscy Francuzi potrafią wykorzystać ten dobrze działający system zdrowotny. Widząc ludzi 50-letnich z brakiem uzębienia, dochodzę do wniosku, że w tym kraju tylko obcokrajowcy potrafią korzystać z profitów. Tak jak powiedziała moja francuska koleżanka narzekająca na niskie wynagrodzenie za staż: „No tak, mogłabym starać się o zasiłek, ale jakoś do tej pory nie chciało mi się za to zabrać…”.

Magda

Francuskie ubezpieczenie zdrowotne – koniec koszmaru?

Niech usprawiedliwieniem na naszą długą nieobecność na blogu będzie poniższe zdjęcie.

Verdon

A więc zaczęło się – słońce, wysokie temperatury, pragnienie znalezienia skrawka cienia, klimatyzowanego pomieszczenia lub ochłody w morzu. Wraz z pojawieniem się słońca nastał czas optymistycznego myślenia. Nawet wszystkie sprawy, które początkowo spędzały nam sen z powiek, jakoś ostatnio zaczęły się układać.

Po długich walkach z francuską biurokracją nareszcie udało się uregulować naszą sytuację w służbie zdrowia. Warto podkreślić, że system naprawdę dobrze działa, o ile nie jest się obcokrajowcem, który od niedawna mieszka we Francji.

Francuskie égalite zapewnia każdemu mieszkańcowi tego kraju równy dostęp do usług medycznych. Nowy beneficjent zatem otrzymuje swój własny numer (odpowiednik polskiego numeru PESEL), a następnie kartę, którą okazuje u lekarza w szpitalu lub w aptece, by otrzymać zwrot kosztów leczenia. Należy zaznaczyć, że francuski system przewiduje 100-procentowy zwrot kosztów szpitalnych, głównych badań oraz operacji, 70% urzędowo określonej stawki za wizytę u lekarza pierwszego kontaktu, okulisty, psychologa czy ginekologa oraz 60% stawki wyznaczonej na leczenie u lekarza specjalisty (uwaga, jeśli nie wybrało się wcześniej lekarza pierwszego kontaktu, służba zdrowia zwraca tylko 30% podstawowej stawki – o czym zdążyliśmy się przekonać). Leki podzielone są na 3 grupy: te, za które przysługuje 100-procentowy zwrot, te, za które zwrot jest tylko częściowy, oraz za które nie otrzymuje się zwrotu. Nie jestem pewna, czy w ramach francuskiego programu planowania rodziny aborcja jest darmowa, ale pigułki antykoncepcyjne I i II generacji tak (po kilku przypadkach zatorów żylnych spowodowanych przyjmowaniem pigułek nowszej generacji – III i IV – rząd zrezygnował z pełnej ich refundacji).

Dobrowolnie można wykupić ubezpieczenie prywatne, które pokrywa pozostałą część kosztów leczenia, jakiej nie zwraca służba zdrowia. Ponieważ ubezpieczenie społeczne przewiduje 23 euro za wizytę u lekarza pierwszego kontaktu, a 60 euro za wizytę u lekarza specjalisty, z czego zwraca odpowiednio 70 oraz 60%, nawet gdy zapłacimy u lekarza dokładnie tyle, resztę musimy pokryć z własnej kieszeni. Jeśli mieszkamy w droższym regionie (np. w Paryżu lub na Lazurowym Wybrzeżu), łatwo jest przekroczyć ten próg, gdyż to lekarze sami ustalają swoje stawki. Dlatego istnieją różne opcje ubezpieczenia prywatnego (mutuelle), te, które pokrywają pozostałą część stawki podstawowej, np. 30% z 23 euro za wizytę u lekarza pierwszego kontaktu, oraz takie, które pokrywają całą pozostałą część leczenia, nawet gdy zapłaciliśmy więcej niż przewidywana stawka. Firmy prywatne oferują także szereg pozostałych usług – np. zwrot kosztów za okulary, za soczewki kontaktowe itp.

Większe firmy jako bonus oferują swoim pracownikom dobry pakiet ubezpieczenia prywatnego za niewielką cenę. Bartka firma zaoferowała także dołączenie jednej dodatkowej osoby za jedyne 5 euro na tych samych warunkach co główny beneficjent. Najbiedniejsi zaś mogą starać się o zasiłek na ubezpieczenie prywatne uzupełniające koszty podstawowego leczenia.

Taki system działa świetnie od wielu lat. Gorzej mają obcokrajowcy, którzy najpierw muszą dostać swój własny numer ubezpieczenia, a żeby go otrzymać, powinni pracować lub uczyć się. Przy staraniu się o nadanie numeru konieczne jest okazanie aktu urodzenia w tłumaczeniu, aktu ślubu w tłumaczeniu, aby beneficjentem mógł zostać małżonek, a także szeregu innych dokumentów jak poświadczenie o założenie konta w banku wraz z wszystkimi jego danymi, kwitki od wypłaty itd. Na szczęście każda osoba ubezpieczona może dołączyć do swojego ubezpieczenia osobę, z którą jest w związku, pod warunkiem że udowodni istniejącą między nimi relację, a także swoje dzieci. Dzięki temu mogłam praktycznie bez problemu korzystać ze świadczeń zdrowotnych. Gdy zaczęłam swoją edukację, moja szkoła rozpoczęła procedurę zakładania dla mnie stałego numeru.

Warto podkreślić, że zanim otrzyma się kartę zdrowotną, która automatyzuje staranie się o zwrot kosztów (a czeka się na nią średnio od 3 do nawet 9 miesięcy – o tym krążą już legendy w gronie obcokrajowców), trzeba u lekarza okazywać kartkę potwierdzającą ubezpieczenia, na podstawie której otrzymuje się formularz, jaki następnie trzeba wypełnić i wysłać do zakładu ubezpieczeń społecznych. Po długim oczekiwaniu na zwrot części kosztów z ubezpieczenia publicznego należy przesłać do ubezpieczyciela prywatnego zaświadczenie o otrzymanej refundacji, a następnie znowu czekać na drugi przelew. Wszystko automatyzuje karta ubezpieczeniowa (carte vitale), którą okazuje się w gabinecie lekarskim, gdzie lekarz za pomocą dedykowanego terminalu elektronicznego rejestruje wizytę w systemie, który automatycznie powiadamia obie ubezpieczalnie – publiczną i prywatną. System francuski przewiduje, że chory płaci w gabinecie za leczenie czekiem, kartą lub gotówką, lekarz za pomocą karty automatycznie księguje transakcję w systemie ubezpieczeniowym, czym aktywuje procedurę zwrotu kosztów. Warto zatem płacić czekiem, bo zanim lekarz zdąży go zrealizować (zwykle na koniec miesiąca), my już otrzymamy zwrot kosztów na konto.

Ten system wydaje się nam całkiem dobrze pomyślany, ponieważ chory, gdy najpierw sam musi zapłacić za leczenie, jest świadomy jego kosztów, a zatem nie spotyka się tu przesiadujących codziennie przed gabinetem tych samych starszych ludzi, którym po prostu się nudzi i chcą się wygadać, lecz do lekarza idą ludzie, którzy naprawdę tego potrzebują.

Po ośmiu miesiącach bezproblemowego korzystania z konta ubezpieczeniowego Bartka natrafiłam jednak na przeszkodę. Otóż otrzymałam mój własny numer ubezpieczeniowy utworzony z powodu zmiany mojej sytuacji – zakład ubezpieczenia społecznego po ponad pół roku zorientował się, że chodzę do szkoły, a zatem powinnam mieć własne konto. Wiązało się to oczywiście z ponownym wysłaniem stosu dokumentów (w tym kolejnego oryginału tłumaczenia aktu urodzenia – jeśli chcecie przeprowadzić się do Francji, warto zaopatrzyć się w co najmniej kilka egzemplarzy) i długim oczekiwaniem.

Teraz jestem już szczęśliwą posiadaczką własnej karty, własnego numeru oraz własnego konta. Zapomniałabym dodać, że każdy ubezpieczony ma wgląd do swojego konta przez Internet i tam może sprawdzać, czy otrzymał już zwrot kosztów leczenia, lecz aby uzyskać do niego dostęp, najpierw trzeba otrzymać kartę ubezpieczeniową, potem przez Internet wysłać prośbę o otwarcie konta, a następnie czekać cierpliwie na hasło wysłane pocztą tradycyjną.

Voila! Mam nadzieję, że zmiana mojej sytuacji, a więc ukończenie szkoły i rozpoczęcie nowej pracy – tak, właśnie się chwalę – nie spowoduje, że ten piękny system, który co dopiero zaczął działać poprawnie, zaraz się zawali!

Magda

Francuzi to tradycjonaliści

Dlaczego Polakom tak trudno zaadaptować się we Francji? Ponieważ mimo tego, iż oba kraje leżą w Europie, kultura francuska jest znacznie różna od polskiej. Francuzi są tradycjonalistami do tego stopnia, że Polakowi trudno sobie to wyobrazić w XXI w.

1. Francuzi wciąż korzystają z czeków. W Polsce czeki popularne były kilkanaście lat temu jedynie przez dwa, trzy lata. We Francji funkcjonują na wielką skalę, zatem każdy mieszkaniec powinien mieć własną książeczkę czekową, ponieważ w wielu miejscach można zapłacić jedynie w taki sposób. We Francji każdy ubezpieczony pacjent ma własną kartę elektroniczną z wszystkimi danymi (tego brakuje jak na razie w Polsce). Lekarz wprowadza ją do specjalnego czytnika i przesyła do ubezpieczyciela dane i koszcie wizyty i leczenia, by pacjent mógł uzyskać zwrot kosztów. Niestety i tak pacjent najpierw musi lekarzowi zapłacić czekiem. Czekami można zapłacić również rachunki, zamawiając produkty przez Internet, istnieje możliwość wysłania sprzedawcy czeku, czekiem można płacić także w większych sklepach i niektórych restauracjach. A więc czeki są tak popularne jak karty kredytowe, co więcej – czasem są jedyną możliwą formą płatności.

2. We Francji ciągle korzysta się z poczty głosowej i automatycznej sekretarki. Jeśli chcemy do kogoś zadzwonić, a dana osoba nie odbiera, należy zostawić wiadomość na jego poczcie głosowej. Każdy posiadacz telefonu komórkowego powinien więc nagrać swoją wiadomość przywitalną. W pierwszym miesiącu naszego pobytu we Francji ktoś nagrał mi się na pocztę głosową, jednak ze względu na moją słabą wtedy znajomość języka nie rozumiałam wiadomości. Postanowiłam więc wyłączyć pocztę. Nie było jednak to takie proste, ponieważ nasz operator nie oferuje takiej usługi. Przekierowywanie połączeń musiałam więc wyłączyć w moim telefonie. Pewnego dnia w szkole podchodzi do mnie sekretarka i mówi, że dzwoniła do mnie, lecz nie byłam dostępna. Zamiast zadzwonić ponownie, wolała się nagrać na pocztę. Dostałam więc burę, że nie mogła tego zrobić!

3. Francuzi wciąż korzystają z telefonów stacjonarnych. W każdym formularzu trzeba wypisać numer telefonu stacjonarnego oraz komórkowego. We wszystkich instytucjach zawsze jestem pytana, dlaczego miejsce w formularzu, gdzie trzeba wpisać numer stacjonarny, zostawiłam puste.

4. We Francji listy motywacyjne pisze się ręcznie! Należy wybrać czystą, białą kartkę (najlepiej kupić papier o ładnej fakturze przeznaczony specjalnie do pisania listów), narysować cienkie linie ołówkiem, napisać list pięknym pismem, a następnie ostrożnie wygumkować linie, aby nie zagiąć papieru. Francuzi wierzą, że ważny jest charakter pisma kandydata, że pracodawca z charakteru pisma może wywnioskować, jaką osobowość ma kandydat. Co więcej, listy motywacyjne pisze się także do szkoły, w której chcemy rozpocząć naukę, np. na uniwersytet.

W Polsce jeśli kandydat dostarczy list motywacyjny pisany ręcznie, pracodawca pomyśli sobie, że dana osoba nie potrafi obsługiwać komputera. List pisany na komputerze wygląda elegancko i przejrzyście. Zatem dostając list pisany ręcznie, można jeszcze wziąć to za przejaw braku kultury. Jestem pewna, że polski pracodawca odrzuciłby taką kandydaturę.

5. W Polsce każda szanująca się firma zakłada swoją stronę internetową, zatrudnia firmę, która będzie ulepszała jej wygląd pod względem wygody użytkownika, pozycjonuje się w sieci. We Francji jedynie duże firmy mają swoje strony internetowe, a ich technologie są w większości przestarzałe. Co więcej, strony są nieczytelne, nieprzejrzyste, obsługa jest nieinstynktowna i nie są aktualizowane. Dla mnie nie do przyjęcia jest, że kina francuskie nie mają swoich stron internetowych! Bieżący repertuar można przejrzeć jedynie na ogólnej stronie Allocine.fr, która nie dorównuje naszemu Filmweb.pl.

6. Jak w Polsce wybiera się lekarza? Wyszukuje się opinii o nim w sieci. We Francji zabronione prawnie jest wpisywanie opinii o lekarzach w Internecie! Poza tym lekarze nie mają swoich stron internetowych, przez co w sieci znajdziemy jedynie ich imię, nazwisko, specjalizację, adres i numer telefonu. Brak niestety informacji o cenach i wyposażeniu gabinetu.

7. W Polsce każdy pracownik, który ma kontakt z jedzeniem, musi wykonać przed rozpoczęciem pracy badania sanepidowskie. W piekarni, u rzeźnika – wszędzie używa się rękawiczek. We Francji jest to zdecydowanie rzadki widok. Ze względu na popularność francuskich bagietek i słodkich bułeczek w piekarni zawsze ustawiają się długie kolejki klientów. Sprzedawczyni podaje jednak pieczywo gołymi rękami, czasem jedynie w przypadku małych drożdżówek korzysta ze szczypiec. Potem nabija cenę na kasę, odbiera pieniądze od klienta i podaje kolejną bagietkę gołą ręką kolejnej osobie.

Bardzo nas zdziwiło traktowanie zwierząt we Francji. Psy są tutaj członkami rodziny, dlatego zabiera się je wszędzie. O ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć branie psa na ręce w tłumie ludzi, aby popatrzył sobie na pokaz akrobacji na koniach, o tyle widok modlącego się psa w kościele czy uczestniczącego w pobieraniu krwi w laboratorium – już nie za bardzo.

8. We Francji mieszkania nie są numerowane, w adresach podaje się jedynie ulicę i numer klatki. Aby listonosz włożył list do właściwej skrzynki, konieczne jest przyklejenie karteczki z nazwiskiem na domofonie oraz na skrzynce pocztowej. Jeśli w mieszkaniu są dwie osoby o różnych nazwiskach, należy podać oba nazwiska. Na szczęście nasz listonosz jest na tyle rozgarnięty, że mimo iż na skrzynce jest nazwisko Bartka zakończone na -ski, domyśla się, że powinien nam także dostarczać listy z wersją żeńską nazwiska zakończoną na -ska oraz rodzinną zakończoną na -scy. Na drzwiach do domu nie ma jednak ani numeru, ani nazwiska. Żeby kurier zaniósł paczkę pod same drzwi, należy przez domofon podać mu piętro, na którym się mieszka, oraz po której stronie znajduje się mieszkanie, a potem oczekiwać na niego przy otwartych drzwiach. Oj, Francuzi lubią komplikować sobie życie!

Magda