(Nie)tolerancyjna Francja

Na podstawie medialnego wizerunku rozpowszechnianego w zagranicznych mediach można by przypuszczać, że Francja jest jednym z najbardziej tolerancyjnych krajów Europy. Sądząc po stale powiększającej się liczbie imigrantów, różnorodności kulturowej widocznej na ulicach, braku głośnego sprzeciwu na rozpowszechnianie obcych kultur czy religii w tym laickim kraju, dostępności mieszkań socjalnych i zasiłków dla nowo przybyłych osób, mimo że nie przepracowały tu ani jednego dnia, można by wnioskować, że obywatele Francji są niezwykle otwarci na napływających ludzi, nie jest im znane słowo rasizm, a do swojego domu przyjęliby najchętniej po jednym imigrancie z Afryki. Z ciekawości zawsze czytam komentarze na forach internetowych znajdujące się pod każdym bardziej kontrowersyjnym artykułem dotyczącym obcokrajowców we Francji. I czego się dowiaduję? Otóż tego, że Francuzi nie są wcale tacy otwarci, jak nam się wydaje.

Zauważyliśmy, że Francuzi są nadzwyczaj poprawni politycznie w towarzystwie, publicznie deklarują dużą tolerancję dla wszystkich ras świata. W mojej szkole na lekcjach angielskiego mieliśmy odpowiedzieć na pytanie, czy wolimy mieszkać w towarzystwie znanych nam ludzi, podobnych do nas, czy wolimy raczej międzynarodowe, międzykulturowe środowisko. Wszyscy Francuzi powtarzali jednomyślnie, że wolą mieszkać w wielokulturowym otoczeniu, nie umiejąc jednak w ogóle tego uzasadnić. I rzeczywiście, Francuzi uważają na każde słowo i gest skierowane do czarnoskórego, do muzułmanów, ale nie widzą nic złego w publicznym poniżaniu Europejczyków z krajów na wschód od Francji. Wielokrotnie spotkałam się z niechęcią skierowaną w moim kierunku.

Francuzi postrzegają Polskę na równi z Rumunią, przy czym nie kryją się z nienawiścią do Rumunów, których biorą z kolei powszechnie za Cyganów. Powszechne są stereotypy, że Polacy są biedni, zacofani, że nie stać ich na edukację, że nowe technologie do Polski nie docierają. Gdy wyjaśniałam szefowi, że w Polsce nie używa się czeków, stwierdził na głos, iż pewnie produkcja czeków jest dla nas za droga. Innym razem koleżanka pyta mnie, czy w Polsce jest tak nowocześnie jak tutaj, na Lazurowym Wybrzeżu (gdzie prowansalskie domy są często zagrzybione, okna nieszczelne, wykonanie mieszkań to jedna wielka fuszerka), czy tak jak na francuskiej wsi. Wielokrotnie byłam pytana o powód naszej wyprowadzki do Francji. Pytano mnie, czy uciekliśmy z powodów politycznych, czy z biedy. Należałoby także wspomnieć, że Francuzi uważają obcokrajowców za mniej sprawnych intelektualnie. Polskie dyplomy (poza tymi z dziedziny informatyki) nie są respektowane we Francji. Francuzi mają przekonanie, że w Polsce jest słaby poziom nauczania (zarówno ja, jak i moje koleżanki, które studiowały we Francji, mogą potwierdzić, że jest odwrotnie). Z tego powodu kiedy ubiegałam się o przyjecie na studia na ostatni, piąty rok na uniwersytecie (we Francji istnieje duża swoboda w wyborze kierunków studiów, osobno studiuje się pierwsze dwa lata i je zalicza, osobno robi się dyplom licencjata, a także czwarty i piąty rok studiów), mając dyplom ukończenia studiów magisterskich, sugerowano mi, że powinnam powtórzyć dwa ostatnie lata studiów, ponieważ wiedza przekazywana na uczelniach we Francji jest wyższa. Moja koleżanka studiowała za to na jednej z drogich uczelni prywatnych (we Francji uczelnie prywatne tzw. grandes écoles są uważane za lepsze niż uniwersytety). Na zajęciach byli oceniani za prace w grupach. Ona jako jedyna osoba dostawała niższe oceny niż reszta Francuzów z jej grupy. Jak się później okazało, pani profesor dawała słabsze oceny wszystkim obcokrajowcom, ponieważ uważała, że są mniej inteligentni.

Zatem otwartość Francuzów na obcokrajowców jest bardzo powierzchowna. Okazuje się, że wystarczy z nimi bliżej porozmawiać, zęby dostrzec ich prawdziwe poglądy. Szukając mieszkania, dzwoniłam do właścicieli wystawiających ogłoszenia. Kiedy opowiedziałam, w jakim celu dzwonię, mówiąc po francusku ze wschodnim akcentem, wielokrotnie usłyszałam, że właściciel oddzwoni do mnie później, by umówić się na wizytę, chcąc mnie zbyć. Innym razem udaliśmy się do agencji zajmującej się wynajmem mieszkań, opowiadam o moich niepowodzeniach w poszukiwaniu mieszkania i pytam, czy nasza narodowość nie jest dla nich problemem. Pani powiedziała, że nie ma nic przeciwko obcokrajowcom, którzy są biali i pracują we Francji. W firmie, w której pracowałam, po wyjściu czarnoskórego klienta z naszego biura szefowie naśladowali jego afrykański akcent, śmiejąc się z niego.

Z drugiej strony nie ma co dziwić się rosnącej niechęci wobec obcokrajowców we Francji. Francuzi stworzyli sobie przed laty sprawnie działający system socjalny używany przez nich jedynie w sytuacjach kryzysowych, który jest obecnie coraz bardziej nadużywany przez obcokrajowców przybywających tu z powodu możliwości dostania mieszkania i pieniędzy bez żadnego wysiłku. Pracująca w pomocy społecznej koleżanka opowiadała mi, że aby nie zostać posadzonym o rasizm, urząd przyznaje mieszkania socjalne w pierwszej kolejności czarnym i muzułmanom.

Jak za tę pomoc odwdzięczają się wspomniani imigranci? Ostatnio usłyszałam w pracy klienta, który opowiadał, że następnego dnia nie idzie do pracy, bo jest zbyt zmęczony, gdyż zaczął się ramadan. Ale czy poszczenie to nie jest jego prywatna, dobrowolna decyzja? Koleżanka pracowała w firmie, gdzie w okresie ramadanu muzułmanie przez cały miesiąc byli traktowani ulgowo, mogli wcześniej wychodzić z pracy, wykonywać mniej męczące prace, ponieważ byli bronieni przez związki zawodowe reprezentujące prawa muzułmanów jako mniejszości. Jednocześnie ona jako katoliczka nie mogła się doprosić, by ustalono tak grafik, aby w Wigilię nie musiała pracować.

Byliśmy zimą ze znajomymi na nartach. W grupie było kilka nowych osób, których jeszcze nie znaliśmy. Wieczorem wybraliśmy się na piwo, żeby się zintegrować. Na początku prowadziliśmy rozmowy o wszystkim i o niczym, lecz gdy tylko nasi nowi francuscy znajomi poczuli się swobodnie, zaczęli się przed nami otwierać. Jeden z kolegów bym raperem. Opowiadał nam, że jest zmuszony zrezygnować ze swojego hobby, ponieważ nie może pisać takich tekstów, jakie by chciał, nie czuje się swobodnie w tej grupie. Otóż według niego w grupie raperów francuskich jest coraz mniej osób białych. On chciałby pisać o swojej miłości do kraju, do tradycji, lecz gdy tylko w swoich utworach powie, że jest patriotą, jest posądzany o rasizm. Spotyka się więc z nietolerancją środowiska imigrantów (często mieszkających we Francji od kilku pokoleń), którzy w swoich tekstach obrażają obywateli, Francję i jej tradycje. Z tego powodu w grupie swoich znajomych głośno wyraża swoją nienawiść do obcokrajowców z Afryki. Co ciekawe, raper z Algierii Saidou został oskarżony o sianie nienawiści i rasizmu względem rdzennych obywateli w piosence „Nique la France” (P…dol Francję), lecz sąd odrzucił zarzut, uzasadniając, że nie istnieje coś takiego jak rasizm względem białego i że biali rdzenni Francuzi nie stanowią rasy. Swoje oburzenie wyraziło Stowarzyszenie na rzecz Poszanowania Chrześcijańskiej Tożsamości Francji, które uważa, że jeśli piosenki tego typu o „rdzennych algierskich Arabach” śpiewałby francuski piosenkarz o białym kolorze skóry, to prawdopodobnie już dawno siedziałby za kratkami.

Czarnoskórzy czy muzułmanie odbierają każdy sprzeciw jako rasizm, każdą niewygodną dla nich regułę jako wymierzoną bezpośrednio w nich. Nasza sąsiadka, która jest muzułmanką, ma dwoje małych dzieci. Ponieważ nie ma w mieszkaniu dużo miejsca, wystawia oba wózki dla dzieci na korytarz w taki sposób, że utrudniają przejście innym mieszkańcom. Nasz dozorca poprosił ją, aby składała wózki i stawiała pod ścianą tak, aby nie utrudniały poruszania się w korytarzu. Ona, opowiadając mi tę historie, była wielce oburzona i stwierdziła, że na pewno zwrócił jej uwagę tylko dlatego, że jest Arabką.

Francuzi mają pomału dosyć żerowania na ich pracy. Nie oszukujmy się, na zasiłki dla obcokrajowców pracują głównie oni. Dwa tygodnie temu Francja postanowiła zamknąć dla imigrantów (uchodźców z Afryki) granice przy włoskiej miejscowości Vintimille. Decyzja władz spotkała się z ogromnym oburzeniem włoskiej strony przy jednoczesnej cichej aprobacie mieszkańców regionu.

Magda

Narty w Alpach

Lazurowe Wybrzeże większości kojarzy się prawdopodobnie głównie z plażami i gorącym latem – tak było przynajmniej w naszym przypadku. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę z faktu, że o atrakcyjności tego regionu stanowi również m.in. bliskość francuskich Alp.

Stacji narciarskich we francuskiej części najwyższego łańcucha górskiego Europy jest zatrzęsienie, ale najsłynniejsze, jak te znajdujące się na terenie Parku Narodowego Vanoise (Trzy Doliny, fr. Les Trois Vallées), są znacznie oddalone od wybrzeża. Na szczęście także w niewielkiej odległości od naszego miasta znajduje się kilka wartych polecenia resortów. Najbardziej znane to: Isola 2000 i Auron oddalone o około 90 minut jazdy samochodem.

Stacje narciarskie w 06

Stacje narciarskie w regionie Alpes Maritimes

Droga w góry obfituje w zapierające dech w piersiach widoki. W ciągu godziny krajobraz zmienia się nie do poznania – zieleń obecna na wybrzeżu nawet w miesiącach zimowych z minuty na minutę ustępuje miejsca szarym drzewom bez liści i nie wiadomo skąd pojawia się szron na poboczach, a niedługo po nim coraz większe ilości śniegu. Wraz ze zwiększaniem się wysokości częściej widać ośnieżone masywy i malownicze doliny. Do samych resortów prowadzą bardzo strome i kręte górskie serpentyny.

Droga do Isoli 2000

Droga do Isoli 2000

Na miejscu zastać możemy kompletną infrastrukturę narciarską – po kilkadziesiąt orczyków i wyciągów krzesełkowych, dziesiątki kilometrów tras podzielonych według stopnia trudności i dobrze oznaczonych, kasy, wypożyczalnie sprzętu, szkoły narciarskie i snowboardowe, restauracje, puby, hotele i apartamenty do wynajęcia. Hotele czy ośrodki wypoczynkowe obecne w stacjach narciarskich we Francji to głównie nowoczesne bloki – w przeciwieństwie do tatrzańskich tradycyjnych, drewnianych domków. Warto wspomnieć, że niektóre z lokalnych dużych firm często w ramach bonusów dla pracowników oferują bezpłatny lub płatny symbolicznie dostęp do posiadanych przez siebie apartamentów w górach. Pozwala to nieco ograniczyć niemałe koszty kilkudniowego wyjazdu.

Isola 2000

Isola 2000

Trochę o cenach – jeśli ktoś, tak jak my, miał wcześniej do czynienia jedynie z polskimi Tatrami, może zostać zaskoczony cenami, które są znacznie wyższe niż w Polsce. Dzienny karnet na wszystkie wyciągi w Isoli 2000 lub Auron to koszt około 35 euro – to i tak dużo mniej niż w stacjach w obszarze Trzech Dolin, gdzie dzienny karnet kosztuje 48-56 euro w zależności od stacji. Do karnetu dokupić można ubezpieczenie gwarantujące, w razie wypadku, darmowe zwiezienie ze stoku na noszach podczepionych do skutera śnieżnego oraz pierwszą pomoc w stacji – około 6 euro za dzień. Jeśli nie dysponujemy własnym sprzętem, to koszt wypożyczenia kompletu narciarskiego/snowboardowego wynosi około 25 euro. Do tego doliczyć należy lunch na stoku – Plat du Jour (danie dnia) w restauracjach znajdujących się w stacjach narciarskich jest nieco droższe niż normalnie i kosztuje 12-14 euro. Jeśli zostajemy na kilka dni, to doliczyć należy koszt wynajęcia apartamentu/domku oraz wydatki na “obowiązkowe” wieczorne wyjścia będące integralną częścią pobytu w alpejskich kurortach. Wyciągi czynne są tylko do godziny 17:00 – w przeciwieństwie do części ośrodków w Polsce szlaki nie są oświetlone.

Magda wykupiła sobie lekcje jazdy na snowboardzie, dzięki czemu stwierdziliśmy, że również tutejsi instruktorzy mają podejście iście francuskie. Piętnastominutowe spóźnienie oraz brak komunikacji między szkołą a instruktorem, który przypadkiem tylko przyszedł na chwilę do biura w czasie już trwającej teoretycznie lekcji, nawet nas nie zdziwiło…

Jadąc w Alpy, obowiązkowo należy posiadać przy sobie łańcuchy śniegowe i być przygotowanym na nieobliczalną pogodę – pisząc to, słucham w radiu informacji o tym, że dopiero dzisiaj otworzono poblokowane od weekendu z powodu lawin i obsunięć ziemi po bardzo silnych opadach śniegu drogi w pobliskich górach (wspomniane resorty Isola 2000 i Auron). Ludzie, którzy w weekend znajdowali się w tych ośrodkach, nie mogli się z nich wydostać – dopiero wczoraj drogi zostały otwarte na kilka godzin dla wracających. Ten weekend zapowiada się na szczęście słonecznie i z pewnością nie odmówimy sobie kolejnego aktywnego dnia na stoku.

Bartek

O tym, dlaczego wyjechaliśmy do Francji

Patrzę w kalendarz i przecieram oczy ze zdumienia. W przyszłym miesiącu będziemy świętować rok, od kiedy przeprowadziliśmy się do Francji. Co się zmieniło przez te jedenaście miesięcy? Dla mnie praktycznie wszystko. Po rozstaniu się z firmą, w której pracowałam w Polsce, po raz pierwszy w życiu dostałam status bezrobotnej. Czułam się jak upośledzona, przebywając w zupełnie obcym kraju, nie znając języka i nie mogąc się porozumieć.

Wiele osób we Francji, pytało mnie o motyw naszej przeprowadzki. Sądzili, że wyjechaliśmy z chęci odłożenia pieniędzy lub podwyższenia standardu naszego życia, wyobrażając sobie Polskę jako kraj biedny i zacofany. Nawet Polacy (w tym często nasi najbliżsi), a zwłaszcza ci, którzy nigdy nie mieszkali za granicą, nie wiedzą, że warunki w Polsce właściwie nie odbiegają od tych we Francji. Tutaj, zwłaszcza na południu, przeciętni mieszkańcy także muszą brać kredyty na całe życie, aby kupić sobie mieszkanie, nie mogą pozwolić sobie na to, by wychodzić zbyt często do kina czy teatru, nie mają wystarczających środków pieniężnych, aby odłożyć bardziej znaczącą kwotę. Należałoby chyba wyraźnie podkreślić, podsumowując nasze dotychczasowe przemyślenia, że porównując poziom zarobków do poziomu wydatków Francja wcale nie okazuje się krajem, w którym można wyraźnie polepszyć warunki swojego życia.

Dlaczego więc wyjechaliśmy? Przede wszystkim dlatego, ponieważ w Polsce – pełnej bezpodstawnych kompleksów względem Europy Zachodniej – znajomość dodatkowego języka zawsze będzie bardzo znaczącym atutem, a nigdzie indziej nie można się tak dobrze nauczyć języka, jak za granicą. Ponieważ klimat na południu jest łagodniejszy niż w Polsce, dlatego nie musimy zimą skrobać szyb w samochodzie i zmieniać opon na zimowe, martwić się, że nie odpali, patrzeć na trwającą niemal pół roku szarzyznę. Ponieważ ten region jest naprawdę różnorodny i piękny, dlatego zawsze można znaleźć miejsce odpowiednie na szybki weekendowy wypad. Ponieważ nie wie się nic o świecie, dopóki nie wyjedzie się za granicę. Nadal jednak trudno jest nam zdecydować, czy jest to dobre miejsce do życia.

Minęły wakacje, a ja po intensywnej nauce języka na cały etat opuściłam szkołę, o której chciałabym jak najszybciej zapomnieć. Zdecydowałam, że skoro mój dyplom ma wartość właściwie jedynie w Polsce, powinnam zacząć edukację we Francji. Po wielu poszukiwaniach znalazłam kurs, który wydawał mi się idealny – BTS assistant de manager, a więc studia dwuletnie zawodowe w systemie łączonym z pracą. System jest o tyle dobry, że można w jednakowym czasie uczyć się i zdobywać doświadczenie zawodowe, będąc 2 dni w tygodniu w szkole, a 3 dni w pracy (edukacja jest darmowa, a dodatkowo jest się wynagradzanym za pracę w firmie). Ku mojemu zaskoczeniu stosunkowo szybko udało mi się znaleźć firmę, dzięki której możliwe było rozpoczęcie francuskiej edukacji. Pracuję zatem w biurze adwokackim, a ponadto uczę się zarządzania firmą.

Czy rzeczywiście udało mi się nauczyć w niecały rok francuskiego na takim poziomie, by móc się swobodnie komunikować? Nie. Nadal rozumiem więcej, niż mówię. A to dlatego, że nie mam na co dzień ciągłego kontaktu z językiem. Jeśli jednak ktoś pytałby mnie o to, jaka jest najlepsza metoda nauki języka obcego, z całą pewnością odpowiedziałabym, że należy totalnie się w nim zanurzyć. Co to znaczy? Mimo że się nie rozumie, należy czytać, słuchać, oglądać. Ile czasu dziennie? Non stop. Ponadto należy znaleźć sobie znajomych obcokrajowców, uczestniczyć w spotkaniach, konferencjach, aby jak najbardziej osłuchać się z różnymi akcentami, sposobami mówienia. Tego nie da się zrobić, mając jednego nauczyciela w szkole, który nie jest native speakerem. Poza tym należy podnosić poprzeczkę, zapoznawać się z materiałami z rozmaitych dziedzin, aby jak najbardziej poszerzyć słownictwo.

Zaczęłam pisać z zamiarem przekazania najnowszych anegdot, a zrobiło się jakoś tak refleksyjnie. Obiecuję się poprawić w następnym wpisie!

Magda

Nauka języka cz. II

W przeciwieństwie do Magdy, kiedy przyjeżdzaliśmy do Francji, nie znałem po francusku właściwie ani słowa. Miałem pewne pojęcie odnośnie stopnia skomplikowania gramatyki po przeczytaniu odpowiedniego artykułu na Wikipedii, ale w zasadzie nie potrafiłem nawet kupić w sklepie bagietki. Znałem za to angielski potrzebny mi tu do pracy oraz – jeszcze z czasów nastoletnich, kiedy z rodzicami spędziliśmy trzy lata w Niemczech – język naszych zachodnich sąsiadów.

Znając podstawowe różnice pomiędzy gramatykami języka francuskiego i niemieckiego, założyłem z góry, że ten drugi jest dużo trudniejszy do nauki i bardziej skomplikowany – przykładowo we francuskim brak odmiany rzeczowników przez przypadki, podczas gdy w niemieckim przez przypadki odmieniają się rzeczowniki wraz z rodzajnikami oraz przymiotniki. We francuskim brak również rodzaju nijakiego. Za to w niemieckim często trudność sprawia zrozumienie zasady tworzenia mowy zależnej czy trybu przypuszczającego. Z Wikipedii dowiedziałem się również, że język francuski jest mocno uproszczony w mowie w stosunku do języka pisanego (przykładowo przeważająca część rzeczowników brzmi tak samo w liczbie pojedynczej i mnogiej, a większość czasowników ma w wymowie tę samą formę we wszystkich osobach liczby pojedynczej i trzeciej osobie liczby mnogiej), co dla mnie – z uwagi na fakt, że od początku zakładałem położenie nacisku przede wszystkim na naukę języka mówionego i odłożenie na później nauki pisania – było dodatkowym potwierdzeniem tezy, że swobodne porozumiewanie się z tubylcami to tylko kwestia kilku miesięcy.

Tak łatwo niestety nie było…

Naukę języka rozpocząłem po mniej więcej dwóch miesiącach od przyjazdu na wybrzeże. Mój aktualny pracodawca zapłacił za kurs podstawowy języka francuskiego składający się z dwudziestu godzinnych lekcji w szkole specjalizującej się w nauczaniu obcokrajowców, a za namową Magdy dodatkowo zacząłem umawiać się na konwersacje z francuską native speakerką dwa razy w tygodniu. Niemal od początku nauki to, co miało stanowić o łatwości języka, okazało się być jego najtrudniejszym punktem. Brak wyraźnych różnic w wymowie, mnogość krótkich, jednosylabowych słów oraz fakt, że duża część najpotrzebniejszych i najczęściej używanych słów to pojedyncze głoski, sprawił, że rozumienie języka mówionego wydało mi się prawie niemożliwe. Często używane słowa są do siebie podobne, a o ostatecznym sensie zdania stanowić może pojedyncza samogłoska.

Kolejnym utrudnieniem w mówieniu i rozumieniu jest fakt, że język francuski wymaga poprawnego wymawiania głosek, które w niczym nie przypominają naszych polskich. Tym, co wydaje się być najtrudniejsze, jest obecność w języku francuskim 5 typów głoski „e”: e, é, è, ê, ë, oczywiście każde z nich inaczej się czyta. Te dźwięki dla początkowo nieosłuchanego Słowianina zdają się być nie do powtórzenia i wymagają pewnego przyzwyczajenia aparatu mowy. Dodatkowo wiele jest pułapek językowych, przykładowo słowa różniące się tylko jedną dodatkową głoską (istnieje subtelna różnica pomiędzy słowami connard <skur…el> oraz canard <kaczka>), które czyhają na niewystarczająco czujnych klientów francuskich restauracji…

Język francuski charakteryzuje się również łączeniem w mowie par słów kończących się i zaczynających samogłoskami. Wielu ludzi śmieje się z niemieckich wielowyrazowych zbitek (vide słynna anegdota Juliana Tuwima o Hottentottenstottertrottelmutterbeutelrattenlattengitterkofferattentäter), które, gdy przyjrzeć się im bliżej, z reguły bardzo opisowo wyjaśniają znaczenie trudnych terminów za pomocą prostych i znanych słów. W języku francuskim tymczasem często zdarza się, że słowo, które po usłyszeniu uznaję za nieznany mi, skomplikowany wyraz, po wyjaśnieniu okazuje się być trzema prostymi słowami będącymi na co dzień w powszechnym użyciu, ale połączonymi na mocy niezbyt jasnych zasad.

Obecnie – w szczególności po dołączeniu do lokalnego zespołu metalowego i zdobyciu kilku francuskich znajomych, a w efekcie zwiększeniu częstotliwości konwersacji po francusku – jestem już w stanie porozumieć się w codziennych sytuacjach oraz porozmawiać z jedną, dwiema osobami (rozmowa w grupie Francuzów to wyższa szkoła jazdy), ale stwierdzam z całą pewnością, że francuski to bardzo trudny język, a do płynności droga jeszcze bardzo daleka!

Z ciekawostek: tubylcy, słysząc kogokolwiek mówiącego po francusku z obcym akcentem, natychmiast usiłują przejść na język angielski. Z marnym skutkiem – jak wiadomo, nie jest to silna strona Francuzów. Jednak nie przeszkadza im to kontynuować dukania w nieznanym sobie języku, nawet kiedy my konsekwentnie odpowiadamy po francusku. Doprowadza to często do śmiesznych sytuacji, na przykład gdy w restauracji zamawiamy posiłek, mówiąc po francusku, kelner dopytuje, używając kiepskiego angielskiego. Zaczęło nas to denerwować, ale okazało się, że podobny problem mają nawet ci, którzy mieszkają tu wiele lat i mówią płynnie po francusku, tyle że ze słyszalnym obcym akcentem. Niby jest to miły gest ze strony Francuzów, że usiłują ułatwić pobyt obcokrajowcowi, ale wypadałoby chyba przynajmniej zapytać, czy chcemy zmienić język…

Bartek

Posiłek to przyjemność

Mimo że wielu znajomych Polaków mieszkających we Francji jest przekonania, że ten kraj byłby rajem, gdyby nie jego mieszkańcy, my staramy się odnajdować w nim to, co najlepsze. Muszę przyznać, że jeśli podjęlibyśmy decyzję o powrocie do Polski, najbardziej brakowałoby mi francuskiego sposobu spożywania posiłków.

Dla Francuzów spożywanie posiłków to nie tylko zaspokajanie podstawowych potrzeb człowieka, to prawdziwa celebracja. Obiad jest okazją do spotkania z rodziną, z przyjaciółmi, do dyskusji na tematy bieżące. W sklepach dostępnych jest mnóstwo gazet z przepisami kulinarnymi, w telewizji o każdej godzinie można obejrzeć program kulinarny, w każdej księgarni obowiązkowo wydziela się regały z książkami kulinarnymi. Wszyscy rozmawiają o gotowaniu, a mężczyźni nie wstydzą się przyznać, że lubią przebywać w kuchni i piec ciasta.

Każdy dzień w życiu Francuzów przebiega według tradycyjnego harmonogramu. Rano, przed pracą, jada się śniadania na słodko. Kupuje się zatem w najbliższej piekarni słodką bułkę, croissanty lub bagietkę, do tego wypija się sok pomarańczowy lub kawę espresso. Takie śniadanie pozwala pozyskać energię na początek dnia. Nie należy się dziwić tym, że w piekarni sprzedawczyni podaje pieczywo gołą ręką. Mało kto używa tu foliowych rękawiczek.

W czasie 7-godzinnego dnia pracy między godziną 11 a 14 (w zależności od miejsca pracy) wszyscy Francuzi mają przerwę na lunch. W zależności od wewnętrznych ustaleń firmy czasem jest to godzina, czasem nawet dwie, oczywiście nie wchodzą one w skład czasu pracy, jest to czas bezpłatny. Pracownicy mają przeważnie do dyspozycji kuchnię, lodówkę, mikrofalę oraz stolik. Francuzi jednak nie jadają kanapek. Albo przynoszą sobie wcześniej przygotowane w domu posiłki i podgrzewają, albo przygotowują coś na miejscu z zakupionych składników. Często firmy oferują jednak jako bonus dla swoich pracowników karnety do restauracji, a więc pokrywają koszty miesięcznych lunchów. Takie karnety można zrealizować w dowolnej restauracji nie tylko w porze lunchowej, ale także wieczorami, wybierając się z całą rodziną na obiad. Lunch jest posiłkiem „na słono”, sytym i przeważnie na ciepło. Po takim posiłku każdy pracownik ma energię na dalszą pracę.

Kolejną przerwą, przeważnie już wchodzącą w skład czasu pracy, jest przerwa kawowa. Wypija się wtedy kolejne małe espresso oraz je się coś na słodko, często tartę owocową, słodkie bułeczki lub małe czekoladowe cukierki doskonale komponujące się ze smakiem kawy. Należy jednak podkreślić, że nie jada się tu słodyczy w dużych ilościach, desery są tu raczej małe. Francuzi bardzo cenią sobie przerwy w pracy, podczas powolnego spożywania posiłków dyskutuje się z kolegami i koleżankami z pracy, w czasie słonecznego dnia koniecznie wychodzi się na taras, jeśli firma taki posiada. Jak już wcześniej wspominaliśmy, praca dla Francuzów ma być przyjemnością. Ponieważ nie ma dużych różnic w zarobkach między stanowiskami, wybiera się taką posadę, by robić to, co się lubi. Ale praca jest także okazją do spotkania się ze znajomymi.

Po powrocie do domu między 19 a 21 albo zabiera się rodzinę do restauracji, albo przygotowuje się obiad w domu. Jest to ostatni i najbardziej syty posiłek. Jeśli wieczorem gości się przyjaciół lub je się poza domem, posiłek przebiega według ustalonego, tradycyjnego schematu. Na początek jada się małe przystawki, często popijając kieliszkiem mocniejszego alkoholu. Jada się na przykład sałatkę, pieczywo z pasztetem czy też specjalnie przyrządzonego łososia. Po przystawkach podaje się danie główne, na przykład jagnięcinę czy kaczkę z ziemniakami w mundurkach. Jako że jada się wieczorem, danie nie jest zbyt duże, jednak ilości są tak dobrane, by nikt po takim obiedzie nie czuł się głodny. Do obiadu pija się wino dobrane specjalnie do rodzaju mięsa. Jeśli przystawki były mniejsze, po daniu głównym jada się sery, także popijając winem. Jest to doskonałe uzupełnienie i zakończenie posiłków spożywanych na słono. Na koniec zamawia się deser oraz kawę. Ponieważ nie wszystkim odpowiada picie przed snem kawy, we Francji często oferuje się kawę bezkofeinową. Może się wydawać, że obiad, który jest ostatnim posiłkiem, jest bardzo duży, jednak warto podkreślić, że idąc do restauracji, spożywa się go nawet w ciągu 3 godzin. Samo zaspokajanie głodu nie jest najważniejszym celem obiadu. Chodzi o to, by delektować się jedzeniem w miłym gronie.

Osobom, które zamierzają pojechać do Francji w celach turystycznych, warto przypomnieć, że w porze lunchowej (między 12 a 14) oraz obiadowej (po 18) nie należy wchodzić do restauracji, by zamówić tylko kawę z deserem lub piwo. Jest to czas przeznaczony na większe posiłki, a zatem kelnerowi na pewno nie spodoba się, że zajmujecie stolik, przy którym mógłby posadzić klientów, którzy więcej zapłacą za swoje danie. A jeśli ktoś jest zdania, że nie obchodzi go zdanie kelnera, z góry uprzedzamy, że francuscy kelnerzy potrafią być naprawdę kapryśni.

Magda

Francuzi to tradycjonaliści

Dlaczego Polakom tak trudno zaadaptować się we Francji? Ponieważ mimo tego, iż oba kraje leżą w Europie, kultura francuska jest znacznie różna od polskiej. Francuzi są tradycjonalistami do tego stopnia, że Polakowi trudno sobie to wyobrazić w XXI w.

1. Francuzi wciąż korzystają z czeków. W Polsce czeki popularne były kilkanaście lat temu jedynie przez dwa, trzy lata. We Francji funkcjonują na wielką skalę, zatem każdy mieszkaniec powinien mieć własną książeczkę czekową, ponieważ w wielu miejscach można zapłacić jedynie w taki sposób. We Francji każdy ubezpieczony pacjent ma własną kartę elektroniczną z wszystkimi danymi (tego brakuje jak na razie w Polsce). Lekarz wprowadza ją do specjalnego czytnika i przesyła do ubezpieczyciela dane i koszcie wizyty i leczenia, by pacjent mógł uzyskać zwrot kosztów. Niestety i tak pacjent najpierw musi lekarzowi zapłacić czekiem. Czekami można zapłacić również rachunki, zamawiając produkty przez Internet, istnieje możliwość wysłania sprzedawcy czeku, czekiem można płacić także w większych sklepach i niektórych restauracjach. A więc czeki są tak popularne jak karty kredytowe, co więcej – czasem są jedyną możliwą formą płatności.

2. We Francji ciągle korzysta się z poczty głosowej i automatycznej sekretarki. Jeśli chcemy do kogoś zadzwonić, a dana osoba nie odbiera, należy zostawić wiadomość na jego poczcie głosowej. Każdy posiadacz telefonu komórkowego powinien więc nagrać swoją wiadomość przywitalną. W pierwszym miesiącu naszego pobytu we Francji ktoś nagrał mi się na pocztę głosową, jednak ze względu na moją słabą wtedy znajomość języka nie rozumiałam wiadomości. Postanowiłam więc wyłączyć pocztę. Nie było jednak to takie proste, ponieważ nasz operator nie oferuje takiej usługi. Przekierowywanie połączeń musiałam więc wyłączyć w moim telefonie. Pewnego dnia w szkole podchodzi do mnie sekretarka i mówi, że dzwoniła do mnie, lecz nie byłam dostępna. Zamiast zadzwonić ponownie, wolała się nagrać na pocztę. Dostałam więc burę, że nie mogła tego zrobić!

3. Francuzi wciąż korzystają z telefonów stacjonarnych. W każdym formularzu trzeba wypisać numer telefonu stacjonarnego oraz komórkowego. We wszystkich instytucjach zawsze jestem pytana, dlaczego miejsce w formularzu, gdzie trzeba wpisać numer stacjonarny, zostawiłam puste.

4. We Francji listy motywacyjne pisze się ręcznie! Należy wybrać czystą, białą kartkę (najlepiej kupić papier o ładnej fakturze przeznaczony specjalnie do pisania listów), narysować cienkie linie ołówkiem, napisać list pięknym pismem, a następnie ostrożnie wygumkować linie, aby nie zagiąć papieru. Francuzi wierzą, że ważny jest charakter pisma kandydata, że pracodawca z charakteru pisma może wywnioskować, jaką osobowość ma kandydat. Co więcej, listy motywacyjne pisze się także do szkoły, w której chcemy rozpocząć naukę, np. na uniwersytet.

W Polsce jeśli kandydat dostarczy list motywacyjny pisany ręcznie, pracodawca pomyśli sobie, że dana osoba nie potrafi obsługiwać komputera. List pisany na komputerze wygląda elegancko i przejrzyście. Zatem dostając list pisany ręcznie, można jeszcze wziąć to za przejaw braku kultury. Jestem pewna, że polski pracodawca odrzuciłby taką kandydaturę.

5. W Polsce każda szanująca się firma zakłada swoją stronę internetową, zatrudnia firmę, która będzie ulepszała jej wygląd pod względem wygody użytkownika, pozycjonuje się w sieci. We Francji jedynie duże firmy mają swoje strony internetowe, a ich technologie są w większości przestarzałe. Co więcej, strony są nieczytelne, nieprzejrzyste, obsługa jest nieinstynktowna i nie są aktualizowane. Dla mnie nie do przyjęcia jest, że kina francuskie nie mają swoich stron internetowych! Bieżący repertuar można przejrzeć jedynie na ogólnej stronie Allocine.fr, która nie dorównuje naszemu Filmweb.pl.

6. Jak w Polsce wybiera się lekarza? Wyszukuje się opinii o nim w sieci. We Francji zabronione prawnie jest wpisywanie opinii o lekarzach w Internecie! Poza tym lekarze nie mają swoich stron internetowych, przez co w sieci znajdziemy jedynie ich imię, nazwisko, specjalizację, adres i numer telefonu. Brak niestety informacji o cenach i wyposażeniu gabinetu.

7. W Polsce każdy pracownik, który ma kontakt z jedzeniem, musi wykonać przed rozpoczęciem pracy badania sanepidowskie. W piekarni, u rzeźnika – wszędzie używa się rękawiczek. We Francji jest to zdecydowanie rzadki widok. Ze względu na popularność francuskich bagietek i słodkich bułeczek w piekarni zawsze ustawiają się długie kolejki klientów. Sprzedawczyni podaje jednak pieczywo gołymi rękami, czasem jedynie w przypadku małych drożdżówek korzysta ze szczypiec. Potem nabija cenę na kasę, odbiera pieniądze od klienta i podaje kolejną bagietkę gołą ręką kolejnej osobie.

Bardzo nas zdziwiło traktowanie zwierząt we Francji. Psy są tutaj członkami rodziny, dlatego zabiera się je wszędzie. O ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć branie psa na ręce w tłumie ludzi, aby popatrzył sobie na pokaz akrobacji na koniach, o tyle widok modlącego się psa w kościele czy uczestniczącego w pobieraniu krwi w laboratorium – już nie za bardzo.

8. We Francji mieszkania nie są numerowane, w adresach podaje się jedynie ulicę i numer klatki. Aby listonosz włożył list do właściwej skrzynki, konieczne jest przyklejenie karteczki z nazwiskiem na domofonie oraz na skrzynce pocztowej. Jeśli w mieszkaniu są dwie osoby o różnych nazwiskach, należy podać oba nazwiska. Na szczęście nasz listonosz jest na tyle rozgarnięty, że mimo iż na skrzynce jest nazwisko Bartka zakończone na -ski, domyśla się, że powinien nam także dostarczać listy z wersją żeńską nazwiska zakończoną na -ska oraz rodzinną zakończoną na -scy. Na drzwiach do domu nie ma jednak ani numeru, ani nazwiska. Żeby kurier zaniósł paczkę pod same drzwi, należy przez domofon podać mu piętro, na którym się mieszka, oraz po której stronie znajduje się mieszkanie, a potem oczekiwać na niego przy otwartych drzwiach. Oj, Francuzi lubią komplikować sobie życie!

Magda

Francuskie festiwale

Pakując się przed przeprowadzką do Francji, z racji ograniczonego miejsca w samochodzie musieliśmy dokładnie zaplanować, co ze sobą zabierzemy. Postanowiliśmy nie brać kozaków, grubych kurtek ani ciepłych swetrów, które – jak nam się wydawało – zupełnie się nie przydadzą na Lazurowym Wybrzeżu. O ile na początku widok Francuzek w kozaczkach w słoneczny dzień wydawał nam się śmieszny, teraz posiadanie grubszych ciuchów wydaje się nam jak najbardziej zasadne. Szczerze mówiąc, jesteśmy nieco zawiedzeni pogodą. Nie spodziewaliśmy się, że tutejsze zimy są tak zimne, a pora deszczowa trwa tak długo. Od grudnia praktycznie ciągle z małymi przerwami pada deszcz lub występują niewielkie opady śniegu. Temperatura w nocy spada do ok. 3-5 stopni, w pochmurny dzień jest ok. 9-12 stopni. Gdy zaczyna padać deszcz, pada nieprzerwanie przez kilka dni, przez co drogi stają się nieprzejezdne, samochód zawilgocony, a każdy zaczyna się poważnie zastanawiać nad zakupem kaloszy. Lazurowe Wybrzeże w porze deszczowej zupełnie traci swój urok. Co innego, gdy wyjdzie słońce – niebo staje się błękitne, znikają chmury, ludzie zaczynają jadać posiłki na świeżym powietrzu.

Porę deszczową, która zniechęca do zwiedzania, urozmaicają nam różne festiwale, które są bardzo popularne we Francji. Najbardziej znany jest karnawał w Nicei, który trwa 3 tygodnie. Organizowane są parady, ludzie przebierają się, zakładając maski oraz najrozmaitsze kostiumy, wybiera się króla karnawału oraz rozgrywane są w mieście bitwy kwiatowe.

Zainteresował nas również festiwal cytrusów w Menton, w czasie którego można obejrzeć ogromne rzeźby z cytryn, mandarynek czy pomarańczy. Tegoroczną inspiracją dla twórców była powieść Juliusza Verne’a „W 80 dni dookoła świata”. Główną atrakcją była wizyta w parku rzeźb z cytrusów, a także parada, podczas której przewożono olbrzymie cytrusowe monumenty.

Lokomotywa

SłońOprócz tego można było kupić różne wytwory z cytrusów, np. Limoncello (czyli włoski likier cytrynowy) czy konfitury. Oczywiście udział we wszystkich paradach jest płatny.

Limoncello

Bardzo nam się podobał festiwal gier organizowany w Cannes 1–3 marca, na którym można było spotkać twórców gier planszowych i komputerowych, zapoznać się z zasadami wybranych gier, wypróbować grę oraz zakupić ją w promocyjnej cenie. Atrakcją były bitwy na plastikowe miecze czy topory, w których mógł wziąć udział każdy fan gry, oraz parada ludzi przebranych za postaci z gier.

Za tydzień w naszym miasteczku – Golfe-Juan – będzie organizowany festiwal upamiętniający powrót Napoleona Bonaparte z Elby, który zatrzymał się właśnie w tym miejscu (1.03.1815 r.), w drodze do Paryża. W czasie weekendu będzie można zobaczyć rekonstrukcję bitwy wojsk napoleońskich, dawne stroje wojskowe, akcesoria oraz zakupić pamiątki. To będzie chyba najżywszy tydzień w naszym miasteczku, w którym na co dzień nic się nie dzieje.

Magda