W poszukiwaniu wewnętrznej harmonii

Jakie było Wasze ulubione zajęcie w dzieciństwie? Czy mieliście na swojej półce między książkami zeszyty kolorowanek? Czy pamiętacie problem z ostrzeniem kredek, których drewno ciągle pękało i późniejsze rewolucje, gdy wprowadzono tzw. kredki niełamiące?

Do dziś pamiętam moje ulubione kolorowanki i uczucie mi towarzyszące, kiedy jako dziecko poświęcałam godziny na moje rysunki. Odwiedzając w ostatnim czasie sklep Cultura, odpowiednik polskiego Empiku, koleżanka wskazała mi dział książek poświęcony psychologii, jodze, medytacji. Pośród poradników znalazłam mnóstwo wydań kolorowanek. Jednak nie były to kolorowanki dla dzieci z postaciami z bajek. Koleżanka wytłumaczyła mi, że we Francji na czasie jest teoria mówiąca o tym, iż kolorowanie relaksuje, pozwala zapomnieć o codziennych problemach, pozwala osiągnąć stan zen. Pięknie wydane zeszyty składają się z powtarzalnych wzorków do kolorowania, z numerków, które należy ze sobą połączyć, by zobaczyć ukryty przez grafika rysunek, z kratek, które należy pomalować zgodnie ze wskazówkami, by odkryć, jaki wzór się za nimi kryje.

DSC_0003

DSC_0004

Sprzedawane są nie tylko same książki, ale także zestawy z kredkami. W dziale z prasą znalazłam także tematyczne gazetki, w których drukuje się nowe zestawy do kolorowania. Co ciekawe, widziałam także kolorowankę specjalnie przeznaczoną dla kobiet w ciąży, która zawierała kwiatowe szkice, w których centrum znajdował się rysunek noworodka.

DSC_0006

Szaleństwo? Nowa teoria psychologiczna pozwalająca na łatwe zarabianie pieniędzy? Bo przecież wszystko, co związane ze sportem, dieta czy teoria psychologiczna pozwalająca osiągnąć spokój duchowy w dzisiejszym zagonionym świecie się dobrze sprzedaje. Ale z drugiej strony kto z nas nie bazgrze na kartce wzorów, odbywając długie rozmowy telefoniczne? Może więc warto spróbować i na chwilę znowu poczuć się jak dziecko?

Magda

Via ferrata

Południe Francji wprost obfituje w możliwości aktywnego spędzania wolnego czasu – i to niekoniecznie w wodzie. Pobliskie Alpy Nadmorskie oferują całą gamę miejsc, w których można uprawiać sporty górskie jak wspinaczka, kanioning czy paralotniarstwo.

Jednym z nieznanych bliżej w Polsce górskich sportów jest via ferrata (z włoskiego „żelazna droga”). W ogólności via ferrata oznacza uzbrojony i ubezpieczony szlak wspinaczkowy, który dzięki metalowym stopniom, uchwytom i stalowej linie asekuracyjnej zapewnia bezpieczeństwo i umożliwia korzystanie nawet amatorom bez doświadczenia w prawdziwej wspinaczce. W pewnym stopniu podobna do via ferraty jest tatrzańska Orla Perć, która jednak mimo uzbrojenia w kilku miejscach nie posiada asekuracji typowej dla via ferraty oraz różni się tym, że via ferrata prowadzi głównie pionowymi ścianami skalnymi. Najwięcej dróg tego typu stworzono we włoskich Dolomitach, ale również w Alpach Nadmorskich w wielu małych miasteczkach znajdują się przygotowane ferraty.

Na ścianie

Na ścianie (ja na górze)

Typowa trasa składa się: z nieubezpieczonego podejścia do właściwego startu (zdarzają się dość strome i kamieniste), z właściwej uzbrojonej trasy – prowadzącej z reguły w górę pionowej ściany – urozmaiconej trawersami i „małpimi mostami” oraz jednej lub kilku kolejek tyrolskich prowadzących w dół do nieubezpieczonej trasy powrotnej. Są również mniej typowe jak ta w Lantosque prowadząca wzdłuż kanionu, nad którym rozpięte są mosty linowe i tyrolki, jakimi kilkukrotnie zmienia się strony kanionu.

Małpi most

Małpi most – oczekiwanie na swoją kolej

Sprzęt potrzebny do via ferraty to: uprząż wspinaczkowa, lonża z absorberem energii, kask oraz bloczek do tyrolki. Warto posiadać również dobre rękawiczki oraz karabinek na pasku z przodu, którym można przypiąć się do uchwytu, jeśli zabraknie nam sił. Wspomniana lonża wyposażona jest w dwa aluminiowe karabinki z systemem łatwego wpinania w linę, co umożliwia szybkie operowanie nimi jedną ręką.

Sprzęt do via ferraty

Sprzęt do via ferraty

Sprawne pokonanie via ferraty wymaga nieco siły, gdyż momentami trasa nachylona jest do tyłu, co wymaga utrzymania ciężaru ciała na rękach, a w dodatku należy jeszcze często w tej pozycji przepiąć lonżę na kolejny fragment liny asekuracyjnej. Należy też pamiętać o tym, że w każdym momencie co najmniej jeden z karabinków lonży musi być przymocowany do liny, tj. przechodząc na kolejny fragment, należy karabinki przepinać osobno. Uwaga również na tyrolki – podczas szybkiej jazdy dotknięcie stalowej liny może zakończyć się zdarciem skóry, zaś rozgrzanego bloczka oparzeniem.

Małpi most

Małpi most

Informacje praktyczne:

  • wstęp na via ferratę z reguły jest płatny – ceny wahają się od 3 do 6 euro, a same bilety kupuje się najczęściej w lokalnym Office du Tourisme,
  • sprzęt do via ferraty można kupić w większości sklepów sportowych na południu lub wypożyczyć na miejscu – w samym Office du Tourisme lub w pobliskich wypożyczalniach/sklepach sportowych. Koszt to kilkanaście euro,
  • należy zabrać krem do opalania z filtrem, gdyż prawdopodobnie spędzimy kilka godzin wystawieni na letnie, południowe słońce.

Z pewnością via ferrata nie jest sportem dla osób z lękiem wysokości lub niebędących w odpowiedniej formie fizycznej, jednak dla spragnionych silnych wrażeń miłośników gór jest warta spróbowania. Spojrzenie w dół kilkusetmetrowej przepaści potrafi podnieść poziom adrenaliny mimo świadomości, że jest się przypiętym do liny asekuracyjnej, zaś końcowa jazda na tyrolce jest świetną nagrodą za wcześniejszy wysiłek. Polecam!

Bartek

Lyon – miasto sztuki

Chcąc odpocząć od przybywających na południe turystów, wybraliśmy się na długi lipcowy weekend do Lyonu. Cały czas pamiętam przestrogi od znajomych, żeby wziąć tylko letnie ubrania, ponieważ Lyon jako miasto położone w dolinie ma klimat bardziej nieznośny pod względem upałów niż Lazurowe Wybrzeże. Oczywiście w naszym przypadku żałowaliśmy, że nie zabraliśmy kaloszy, sztormiaków oraz grubych swetrów. Wygrzani południowym słońcem nieco odwykliśmy od temperatury 18°C.

Lyon jest miastem tętniącym życiem. Jako miasto studenckie może pochwalić się licznymi akcjami kulturalnymi. Jest jednak mniej różnorodny niż południowa Francja, która przyciąga obecnością morza, gór oraz wysokich temperatur. Dużo jednak się tu dzieje, ulice są pełne młodych śpiewających, grających na instrumentach, bawiących się czy manifestujących ludzi. Lyon ma piękną gotycką starówkę. Zwróciłam uwagę, że jest tu mnóstwo księgarni, antykwariatów, galerii artystycznych, sklepów z instrumentami oraz szkół muzycznych. W Lyonie zachwycają kamienice, wąskie uliczki, a także liczne murale. Oddalając się od centrum, można trafić jednak na zaniedbane, mniej bezpieczne dzielnice. Lyon jednak najbardziej podobał się nam nocą. Podświetlone fasady budynków, widoczne z daleka najważniejsze zabytki przypominają mi rodzinny Toruń.

DSC_0270

O czym warto wiedzieć, wybierając się do Lyonu? Lyon słynie z wszechobecnych fontann. Umiejscowione są one nie tylko w parkach. Właściwie na każdym większym placu można jakąś napotkać. Szczególnie polecam olbrzymią fontannę na Place des Terreaux. Lyon, jakby trochę z zazdrości wobec Paryża, ma to, co stolica Francji, lecz w rozmiarze miniaturowym. Są tu 4 linie metra, Musée des Beaux-Arts, czyli tzw. Mały Luwr, a także mała wieża Eiffla. Tak jak i w Paryżu, działa tu doskonale system wypożyczania rowerów. Niemal wszędzie można zobaczyć turystów korzystających z tej formy transportu.

DSC_0016

Będąc w Lyonie, nie można przegapić wycieczki do parku archeologicznego Fourviere odsłaniającego ruiny teatru i odeonu oraz term. Warto odwiedzić 400-letnią katedrę Jana Chrzciciela oraz zobaczyć znajdujący się w niej XIV-wieczny zegar astronomiczny (nam niestety się nie udało, ponieważ ta część katedry była z renowacji), a także bazylikę Marii Panny z Fourviere, w której dolnej części znajduje się kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

DSC_0242

Warto wiedzieć, że tu właśnie bracia Lumiere zbudowali pierwszy kinematograf i nakręcili pierwszy film. Z tej właśnie okazji w Lyonie powstało Musée Miniature et Cinema, w którym zobaczymy oryginalne przedmioty oraz maski użyte przy kręceniu najpopularniejszych filmów (m.in. oryginalny, 5-metrowy, ruchomy robot użyty w serii filmów o „Obcym”). Imponujące są jednak przede wszystkim wykonane z zegarmistrzowską precyzją miniatury budynków i pomieszczeń. Tu także zagospodarowano kilka pomieszczeń, aranżując scenografie z filmu „Pachnidło”. Co ciekawe, widnieje informacja, że ok. 3 tys. buteleczek wykonanych na potrzeby filmu zostało wyprodukowanych w Polsce.

DSC_0136

Warto zwiedzić także Theatre du Guignol, czyli teatr marionetkowy. Jednak nie tylko w nim zobaczymy wystawę marionetek. Ich zdjęcia widnieją także na magnesach oraz kartkach pocztowych.

DSC_0075

Osobom, które chcą odpocząć od zgiełku miasta, szczególnie polecam olbrzymi Parc de la Tête d’Or, który odwiedzają nie tylko turyści, ale przede wszystkim rodziny z dziećmi, a także osoby aktywne sportowo (również aktywne rodziny z dziećmi – napotkaliśmy kilkoro rodziców ze sportowymi wózkami, które pchali przed sobą podczas biegania). Oprócz kilku hektarów zieleni oraz jeziorka znajdują się tu szklarnie, z których hodowane są rośliny tropikalne, a także dostępny bezpłatnie ogród zoologiczny z żyrafami, zebrami, flamingami czy pelikanami.

W Lyonie co roku w grudniu odbywa się festiwal światła. Przygotowane przez grafików prezentacje muzyczno-wizualne wyświetlane są na fasadach zabytków, odmieniając ich wizerunek. W tym czasie Lyon zaludnia się mnóstwem turystów.

Lyon słynie także ze swoich miejscowych specjałów, szczególnie z podrobów. Chcąc zasmakować w oryginalnej kuchni, należy wybrać się do jednej z wielu restauracji nazywanych tu bouchons.

Przez Lyon przebiega trasa Autoroute du Soleil, czyli autostrady wiodącej na południe. To właśnie widok z niej nocą zachęcił nas do wizyty w tym mieście. W roku 1992 wybudowano tu również stację TGV. Nowoczesna stacja według mnie wygląda jak miejski potworek budowlany, lecz wiele osób się nią zachwyca.

Jeśli miałabym podsumować, jak wygląda Lyon, powiedziałabym, że bardzo znajomo. Otóż centrum, zabytki, klimat panujący w tym mieście bardzo mi przypomina wiele polskich dużych miast. Nawet roślinność tutaj jest bardzo „polska”. Francuzi jednak twierdzą, że jest to miasto snobów i trudno się tu zaaklimatyzować, nie będąc lyończykiem.

Magda

Praca w branży IT na Lazurowym Wybrzeżu.

W komentarzach i prywatnych wiadomościach zdecydowanie nie zgodziliście się z ostatnim wpisem Magdy. Osobiście nie rozumiem tak pozytywnego podejścia dużej części polskiego społeczeństwa do francuskiego rozdawnictwa. Kraj na dłuższą metę nigdy nie może w ten sposób funkcjonować, czego efekty widać w spadającym do rekordowo niskiego poziomu poparciu dla prezydenta Hollande’a – ludzie stracili złudzenia, że dobrobyt można budować zasiłkami dla bezrobotnych. Powtarzamy to wielokrotnie – we Francji wcale nie jest tak dobrze, zaś w Polsce wcale nie jest tak źle. Ale nie o tym ma być ten wpis.

Jako że otrzymywaliśmy już wiadomości od czytelników zainteresowanych przeprowadzką i pracą na Lazurowym Wybrzeżu oraz korzystając z faktu, że mam już pewne doświadczenie w szukaniu pracy na miejscu (właśnie kończy mi się okres wypowiedzenia i za moment rozpoczyna się nowy kontrakt) postanowiłem opisać aktualny stan rynku pracy w branży IT oraz dać kilka porad i wskazać pułapki, na które należy uważać.

Sophia Antipolis to technopolia założona w środku śródziemnomorskiego lasu dokładnie pomiędzy miastami Biot, Valbonne i Mougins. Często reklamuje się sloganem “Europejska Dolina Krzemowa”, co według mnie jest określeniem przesadzonym z jednego zasadniczego powodu – brak tu ogromnej liczby start-upów oraz intensywnej pracy nad nowymi pomysłami z dziedziny nowych technologii. Większość pracodawców to albo główne siedziby dużych, francuskich korporacji, albo filie światowych potentatów. Do tego cała masa firm outsourcingowych, których obecność zasługuje na osobny akapit.

Francuskie prawo pracy jest niezwykle surowe dla pracodawcy – zwolnienie kogokolwiek (nawet jeśli nie wykonuje swoich obowiązków poprawnie) jest trudne i często wiąże się z wysokimi kosztami odszkodowań, szczególnie w przypadku, gdy zwalniany pracownik dobrze zna prawo pracy lub korzysta z pomocy prawnika. Powoduje to, że wiele firm nie chce brać na siebie takiej odpowiedzialności i woli korzystać z usług pośredników. W takiej sytuacji firma płaci ustaloną stawkę za dzień pracy kontraktora przedsiębiorstwu, którego modelem biznesowym jest nic innego jak branie na siebie ryzyka zatrudniania kogokolwiek na podstawie umowy o pracę. Dochodzi do tego oczywiście również wyszukiwanie kandydatów, ale rozmowy techniczne i tak odbywają się w siedzibie potencjalnego klienta.

Outsourcing nie jest oczywiście wymysłem francuskim i stosowany jest na szeroką skalę we wszystkich rozwiniętych krajach, ale z moich doświadczeń z Polski wynikało raczej, że więcej jest firm headhunterskich – zajmujących się jedynie wyszukiwaniem specjalistów, zaś firmy outsourcingowe służą najczęściej jako pośrednicy w kontraktach B2B (business to business – umowa, w której pracownik prowadzi własną działalność gospodarczą i otrzymuje określoną stawkę za przepracowany dzień), tu zaś największy pracodawca w okolicy – korporacja Amadeus – zatrudnia blisko połowę ekipy na zasadzie outsourcingu, więc skala zdaje się być ogromna. Z drugiej strony nie pracowałem w Polsce na tyle długo, żeby dokładnie poznać branżę, więc mogę się mylić.

Pozwolę sobie tu na małą dygresję: stawki dzienne za pracę kontraktorów (tj. stawka, jaką firma “wynajmująca” pracownika płaci firmie realnie go zatrudniającej) są bardzo wysokie – dochodzą do 450 euro, co – jak łatwo policzyć – daje przy 21 przepracowanych dniach w miesiącu prawie 10 000 euro. Powodem tak wysokich cen pracy specjalistów są koszty pracodawcy. Prosty przykład: przy rocznej pensji pracownika równej 45 tys. euro dodatkowe koszty pracodawcy to 42% tej kwoty! Oznacza to, że firma musi na takiego pracownika wydać około 64 tys. euro rocznie! Jak łatwo policzyć, dużym firmom opłaca się wydać na programistę trochę więcej, w zamian pozbywając się ryzyka związanego z niemożnością zwolnienia takiej osoby. Samemu zainteresowanemu zostaje z tego około 31 tys. po odliczeniu podatku dochodowego – czyli mniej niż połowa! Podejrzewam, że razem z nadmiernie usztywnionym prawem pracy stanowi to powód powstania całej gałęzi lokalnej gospodarki zajmującej się “wynajmowaniem” pracowników IT na “dniówki”.

Wracając do tematu tego postu: w rejonie Lazurowego Wybrzeża w branży IT nie jest tak łatwo znaleźć pracę jak w Polsce. W Sophii znajduje się kilka dużych korporacji i szereg mniejszych firm, ale z mojego doświadczenia wynika, że znalezienie ciekawej pracy jest trudniejsze i zabiera więcej czasu niż np. w jednym z dużych polskich miast. Jest jedynie jeden pracodawca, który zatrudnia obcokrajowców w dużej liczbie, więc w większości firm wymagana jest znajomość języka francuskiego.

Francuscy headhunterzy zdają się nie korzystać z popularnych portali jak LinkedIn czy Monster. Kiedy zacząłem szukać innej pracy, ktoś polecił mi stronę apec.fr i rzeczywiście – zaraz po rejestracji i opublikowaniu profilu rozdzwoniły się telefony od wspomnianych firm kontraktowych – niestety bezpośrednie zatrudnienie wymaga aktywnego poszukiwania pracodawcy.

Jeśli zdecydujecie się na szukanie posady programisty w tym rejonie, to z dużą dozą prawdopodobieństwa na początku będziecie zatrudnieni przez firmę kontraktingową. W związku z tym klika porad:

  • dla firmy tego typu nie liczy się zatrudnienie najbardziej kompetentnego pracownika, tylko znalezienie najtańszego pracownika, za którego klient zgodzi się zapłacić,
  • co wynika z poprzedniego punktu: firma zrobi wszystko, żeby zapłacić jak najmniej, a uzyskanie później podwyżki może nie być proste,
  • jeśli chcecie uzyskać podwyżkę, to najlepiej rozpoczynać rozmowę na ten temat z pozycji siły, czyli w momencie, kiedy klient za Was płacący aktualnie nie rekrutuje nowych kontraktorów lub/i kiedy wiecie, że kilka osób z firmy niedawno złożyło wypowiedzenia. Można wówczas zagrać va banque i zagrozić, że w przypadku braku podwyżki odejdziecie. W moim przypadku taka taktyka zadziałała,
  • francuskim korporacjom nie brakuje typowych wad wielkich firm – skostniała hierarchia, brak ciekawych projektów i szans na większy rozwój szybko może dać się we znaki ambitnym miłośnikom nowych technologii, wobec czego przed przyjęciem oferty warto dowiedzieć się dokładnie, jak stanowisko oceniane jest przez już zatrudnionych na portalach typu glassdoor.com.

Osobiście dosyć szybko zdecydowałem się szukać nowej, ciekawszej pracy, jednak ze względu na trudność w znalezieniu czegoś ciekawego oraz ogólną “korporacyjną bezwładność” otrzymanie nowej oferty zajęło łącznie prawie sześć miesięcy. Dodajmy do tego oczywiście jeszcze trzy miesiące okresu wypowiedzenia.

Jeszcze jedno: o ile Francja obnosi się na zewnątrz ze swoją rzekomą równością, w praktyce nie jest tak różowo. Przy zatrudnianiu preferowani są Francuzi, a i nawet pomiędzy nimi widać wyraźne różnice – absolwenci grandes écoles mają najlepsze posady jak w banku (zdaje się, że niezależnie od faktycznych umiejętności). Ciekawostka: o ile Hiszpanie, Włosi czy Chińczycy zarabiają mniej od Francuzów, to Polacy na zarobkową dyskryminację już sobie nie pozwalają i z reguły ich zarobki są na podobnym poziomie. Aczkolwiek ja podczas rozmowy o podwyżce z jednym z ludzi od zasobów ludzkich w mojej firmie kontraktorskiej ułyszałem cyt.: “O co ci chodzi, przecież zarabiasz więcej ode mnie” oraz “Polacy przyjeżdzają i chcą zarabiać nie wiadomo ile!”.

Mam nadzieję, że ten artykuł przyda się osobom, które zastanawiają się nad poszukiwaniem pracy w IT w rejonie Lazurowego Wybrzeża. Jeśli macie jakiekolwiek pytania, nie wahajcie się skorzystać z formularza kontaktowego na blogu.

Bartek

Pokolenie roszczeniowców

Po wielu pytaniach odpowiadamy! Tak, nadal mieszkamy we Francji. Tak, nadal na Lazurowym Wybrzeżu. Tym razem naszą długą nieobecność na blogu usprawiedliwiamy natłokiem pracy oraz przykrym zdarzeniem i związanymi z nim formalnościami. Tydzień temu w naszym jakże spokojnym miasteczku, w którym żyją tylko emeryci i psy, skradziono nam skuter. W Polsce skradzionych rzeczy można szukać na Allegro, tu policja nie dała nam nadziei. Skradzione skutery najczęściej transportowane są do Tunezji, gdzie są następnie sprzedawane. Nie mamy szczęścia, wcześniej na parkingu monitorowanym próbowano włamać się do naszego starego samochodu. Niestety kradzieże na południu Francji są niezwykle częste, co i rusz słyszy się o przypadkach kradzieży biżuterii, torebek wyrywanych na ulicy, samochodów, skuterów, nie mówiąc już o włamaniach do mieszkań oraz strzelaninach w pobliskich miastach… Ale nie o tym chciałam dziś pisać.

Przebywając we Francji, doszliśmy do wniosku, że można podzielić społeczeństwo na dwie grupy. Otóż możemy wyróżnić starsze pokolenie, a więc osoby, które pracowały na dobrobyt Francji, a także młodsze, które z tego dobrobytu korzysta lub ostrzej – nadużywa. Starsze pokolenie brało czynny udział w rozwijaniu francuskiego rynku, gospodarki, to dzięki niemu prężnie działały trzy największe francuskie marki samochodów, budowano autostrady, wymyślono innowacyjne na tamte czasy TGV, działalność rozwinęło konsorcjum Airbus czy też państwowy ośrodek badań kosmicznych CNES, które stworzyło rakiety Ariane V. Młode pokolenie zaś przekonane jest o wielkości Francji, o jej ważności na arenie międzynarodowej, jest tak zapatrzone w swój kraj, że nie dostrzega zmian, jakie zachodzą w innych krajach Europy. Posiadając znikomą wiedzę na temat położenia geograficznego, historii czy sytuacji politycznej krajów na wschód od Odry, cały czas postrzegają tamtejsze obszary jako kraje Trzeciego Świata, zaś Francję jako stolicę Europy.

Według naszych obserwacji większość młodych Francuzów jest naiwna. Wszelkie zło albo dzieje się za granicą, albo z zagranicy pochodzi. We Francji nie ma mafii, mafie działają jedynie we Włoszech. A dlatego na Lazurowym Wybrzeżu „czasem” można usłyszeć o przestępczości, bo ten region jest położony w niedużej odległości od Włoch, a więc i od Sycylii. Francuskie samochody są uwielbiane na całym świecie, ponieważ są niezawodne i znane ze swojego solidnego wykonania. Przepełnione obecnie magazyny samochodów poświadczają jedynie tę tezę, a ciągłe obniżanie cen pojazdów to dobry gest ze strony zarządu fabryk. Francja nie ma długu publicznego, a jej dobrobyt potwierdza różnorodność zasiłków i to, że rozdawane są one nawet nowo przybyłym obcokrajowcom. Architektura zabudowań we wszystkich miastach jest innowacyjna i nowoczesna, a styl lekko trącący myszką to popularny i pożądany styl prowansalski. Francuski system bankowy jest doskonale rozwinięty, a brak łatwego dostępu do swojego konta przez Internet świadczy jedynie o dbaniu o bezpieczeństwo użytkowników. Podsumowując, we Francji nie trzeba nic zmieniać, to inne kraje powinny nareszcie zacząć się rozwijać, obierając za przykład Francję.

Uczestnicząc w dyskusjach z młodymi Francuzami, niekiedy możemy być zdziwieni ich jakże odmiennym podejściem do życia. Obecne pokolenie wydaje się być leniwe, niezbyt skore do samorozwoju, niedostrzegające potrzeby zmiany na lepsze, niemające większych ambicji. Młodzi Francuzi nie uczą się języków, bo twierdzą, że są w tym kiepscy. Nie umieją liczyć, bo zdawali maturę z przedmiotów humanistycznych.

We Francji największą grupę bezrobotnych stanowią osoby młode między 18. a 25. rokiem życia oraz osoby po pięćdziesiątce. Młodzież opuszczająca szkoły nie ma ochoty pracować, zapisuje się do urzędu pracy, lecz sądzi, że urząd kiepsko działa, ponieważ nie oferuje im dobrej posady z wysokim wynagrodzeniem. Francuzi oburzeni są, gdy proponuje im się pracę za minimalną krajową, wolą być na bezrobociu i pobierać różnego rodzaju zasiłki, które po zsumowaniu dają lepsze wynagrodzenie niż pensja minimalna. Dobrze widziane jest we Francji zrobienie sobie rocznej, dwuletniej przerwy między jedną pracą a drugą, przebywanie na zasiłku i podróżowanie. Jeśli firma jest bliska bankructwa, nie należy szukać nowej pracy i zwalniać się wcześniej, ponieważ plajtująca firma po swoim zamknięciu będzie wypłacała wysokie odszkodowania, poza tym będzie się miało prawo do zasiłku dla bezrobotnych. Dobrym pomysłem jest wzięcie w pracy rocznego urlopu dającego możliwość wrócenia na to samo stanowisko, czyli tzw. congé sabbatique, nie przejmując się w ogóle tym, jak będzie działała firma, a w tym czasie rozwijać projekt swojego własnego przedsiębiorstwa lub po prostu korzystać z życia. Poza tym największym marzeniem każdego Francuza jest otrzymanie posady urzędniczej (funkcjonariusza państwowego), bo dzięki temu ma zapewnioną nietykalność, gwarancję stałych podwyżek i awansów bez specjalnych osiągnięć zawodowych, a także możliwość wzięcia nawet 10-letniego urlopu na poratowanie zdrowia, np. z powodu depresji, a potem gwarancję otrzymania stanowiska, które wcześniej opuścił. Poza tym odchodząc na emeryturę, otrzymuje sto procent ostatniej pensji, a więc całkiem niezłą sumkę, licząc wszystkie zsumowane premie. Można także zauważyć wśród Francuzów brak ambicji do rozwoju w życiu zawodowym. Otrzymując kontrakt na czas nieokreślony, Francuzi rzadko zmieniają pracę, wolą trzymać się „ciepłej posadki”. Nie widzą potrzeby zmiany firmy, by zdobyć większe doświadczenie, spróbować pracy w nowym środowisku z wykorzystaniem nowych narzędzi czy metod, nie są elastyczni, jeśli chodzi o dostosowanie się do nowych warunków pracy. Nie będą także wykonywali w pracy zadań, których nie uczyło się ich w szkole, ponieważ nie należą one do zakresu zadań przewidzianych w liście państwowej przygotowanej dla danego zawodu.

Patrząc w przeszłość, wydaje się, że rozwój Francji zatrzymał się w latach 80., a to, co wypracowało poprzednie pokolenie, jest marnotrawione przez nastawioną roszczeniowo młodzież.

Zdajemy sobie sprawę, że nasza diagnoza może wydawać się przesadzona. Na pewno istnieją wyjątki od reguły, zwłaszcza jeśli chodzi o Francuzów, którzy często podróżują i są otwarci na świat. Ale takie właśnie wnioski wyciągamy z większości dyskusji z francuskimi rówieśnikami.

Magda

Poziom nauczania we francuskich szkołach

Mówi się polskim uczniom, że są kiepscy, że na Zachodzie poziom nauczania jest o wiele wyższy, że za mało wiedzą, że z roku na rok poziom w polskich szkołach się obniża. Ukończyłam w Polsce szkołę podstawową, gimnazjum, liceum oraz studia na uniwersytecie i muszę przyznać, że na żadnym etapie mojego nauczania nie spotkałam się z taką sytuacją, z jaką spotykam się na co dzień we francuskiej szkole. Dobrze, jesteśmy na południu Francji, to podobno usprawiedliwienie na wszystkie zaskakujące wydarzenia. Owszem, uczęszczam do szkoły prywatnej, która przygotowuje do BTS – egzaminu specjalistycznego na poziomie matura plus dwa lata nauczania. Nie jest to zatem uniwersytet. Ale nic nie jest w stanie mnie przekonać, że to sytuacja normalna, którą powinno się zaakceptować.

Większość dziewcząt ode mnie z grupy w szkole ukończyła tzw. maturę pro z księgowości (we Francji można zdawać po liceum ogólnokształcącym maturę ogólną i iść na studia lub po liceum profilowanym maturę pro i kontynuować edukację, nawet do poziomu magisterskiego, w szkole profilowanej). Wydawać by się mogło, że po takiej maturze powinny znać doskonale nie tylko podstawy matematyki umożliwiające rachunki, ale także podstawy księgowości. Nic bardziej mylnego. Do niedawna myślałam, że tylko uczniowie pochodzenia afrykańskiego czy niekiedy azjatyckiego mają problemy z dodawaniem pisemnym, ułamkami czy procentami. Oto pytania, jakie codziennie słyszę w mojej szkole:

 „Proszę pana, czy jak liczbę dzielę przez 3 albo pomnożę przez 1/3, to otrzymam ten sam wynik?”

„(Nauczyciel, tłumacząc zadanie z księgowości) 1/5 to ile procent? (Uczennica) 17? 18?”

„Proszę pani, jak zamienić 1000 minut, aby mieć podany czas w godzinach i minutach?”

„(Nauczycielka, tłumacząc powyższe) 100% to 60 minut, 25%, a więc ¼, to 15 minut, ½, czyli 50%, to 30 minut, 75%, a więc ¾, to 45 minut. No co wy, nigdy tego nie widzieliście? (Uczniowie, machając głowami) Nieeee… Nigdy nam nikt tego nie pokazał!”

Francuzi mają problem z wykonywaniem prostych działań w pamięci, zawsze używają do tego kalkulatorów. W szkole na każdym egzaminie z matematyki można mieć kalkulator. Na maturę zabiera się specjalny kalkulator programowalny, w którym zapisuje się wszystkie potrzebne wzory. Jest to całkowicie legalne.

Mam wrażenie, że uczniowie nie umieją logicznie wiązać faktów. Uczą się bezmyślnie na pamięć, nie wiedząc, z czego to wynika. Nie znają ułamków, procentów, proporcje to dla nich czarna magia. A przede wszystkim nie wstydzą się swojej niewiedzy. Zadają na głos pytania, które dotyczą podstawowej znajomości faktów, logicznego myślenia. Nie wyciągają z nich żadnych wniosków, następnym razem zadają takie same pytania. Wystarczającym usprawiedliwieniem dla nich jest zdanie: „Ach, bo ja jestem kiepski z matmy”. Problem nie dotyczy tylko i wyłącznie przedmiotów wymagających wyliczeń. Dziewczęta 20-, 25-letnie nie znają takich pojęć jak empatia czy analogia, a także wielu innych, których znaczenia można się domyślić. We francuskich liceach profilowanych nie naucza się żadnych podstaw filozoficznych, a więc uczniowie z mojej grupy nie słyszeli nigdy o Sokratesie, Platonie, stoicyzmie czy sceptycyzmie.

Nie miałam okazji przekonać się, jaki poziom nauczania oferują licea ogólnokształcące oraz uniwersytety, moje obserwacje dotyczą jedynie szkół profilowanych oraz uczniów, którzy przerwali swoją naukę, ponieważ nie chciało im się chodzić do szkoły. Niemniej jednak wspominałam także o osobie, która skończyła długie studia prawnicze, a nie potrafiła sobie poradzić z prostym wyliczeniem procentowym. Jestem ciekawa, jakie są spostrzeżenia osób mieszkających w innych regionach Francji lub mających styczność z uczniami szkół ogólnokształcących czy ze studentami.

Magda

Narty w Alpach

Lazurowe Wybrzeże większości kojarzy się prawdopodobnie głównie z plażami i gorącym latem – tak było przynajmniej w naszym przypadku. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę z faktu, że o atrakcyjności tego regionu stanowi również m.in. bliskość francuskich Alp.

Stacji narciarskich we francuskiej części najwyższego łańcucha górskiego Europy jest zatrzęsienie, ale najsłynniejsze, jak te znajdujące się na terenie Parku Narodowego Vanoise (Trzy Doliny, fr. Les Trois Vallées), są znacznie oddalone od wybrzeża. Na szczęście także w niewielkiej odległości od naszego miasta znajduje się kilka wartych polecenia resortów. Najbardziej znane to: Isola 2000 i Auron oddalone o około 90 minut jazdy samochodem.

Stacje narciarskie w 06

Stacje narciarskie w regionie Alpes Maritimes

Droga w góry obfituje w zapierające dech w piersiach widoki. W ciągu godziny krajobraz zmienia się nie do poznania – zieleń obecna na wybrzeżu nawet w miesiącach zimowych z minuty na minutę ustępuje miejsca szarym drzewom bez liści i nie wiadomo skąd pojawia się szron na poboczach, a niedługo po nim coraz większe ilości śniegu. Wraz ze zwiększaniem się wysokości częściej widać ośnieżone masywy i malownicze doliny. Do samych resortów prowadzą bardzo strome i kręte górskie serpentyny.

Droga do Isoli 2000

Droga do Isoli 2000

Na miejscu zastać możemy kompletną infrastrukturę narciarską – po kilkadziesiąt orczyków i wyciągów krzesełkowych, dziesiątki kilometrów tras podzielonych według stopnia trudności i dobrze oznaczonych, kasy, wypożyczalnie sprzętu, szkoły narciarskie i snowboardowe, restauracje, puby, hotele i apartamenty do wynajęcia. Hotele czy ośrodki wypoczynkowe obecne w stacjach narciarskich we Francji to głównie nowoczesne bloki – w przeciwieństwie do tatrzańskich tradycyjnych, drewnianych domków. Warto wspomnieć, że niektóre z lokalnych dużych firm często w ramach bonusów dla pracowników oferują bezpłatny lub płatny symbolicznie dostęp do posiadanych przez siebie apartamentów w górach. Pozwala to nieco ograniczyć niemałe koszty kilkudniowego wyjazdu.

Isola 2000

Isola 2000

Trochę o cenach – jeśli ktoś, tak jak my, miał wcześniej do czynienia jedynie z polskimi Tatrami, może zostać zaskoczony cenami, które są znacznie wyższe niż w Polsce. Dzienny karnet na wszystkie wyciągi w Isoli 2000 lub Auron to koszt około 35 euro – to i tak dużo mniej niż w stacjach w obszarze Trzech Dolin, gdzie dzienny karnet kosztuje 48-56 euro w zależności od stacji. Do karnetu dokupić można ubezpieczenie gwarantujące, w razie wypadku, darmowe zwiezienie ze stoku na noszach podczepionych do skutera śnieżnego oraz pierwszą pomoc w stacji – około 6 euro za dzień. Jeśli nie dysponujemy własnym sprzętem, to koszt wypożyczenia kompletu narciarskiego/snowboardowego wynosi około 25 euro. Do tego doliczyć należy lunch na stoku – Plat du Jour (danie dnia) w restauracjach znajdujących się w stacjach narciarskich jest nieco droższe niż normalnie i kosztuje 12-14 euro. Jeśli zostajemy na kilka dni, to doliczyć należy koszt wynajęcia apartamentu/domku oraz wydatki na “obowiązkowe” wieczorne wyjścia będące integralną częścią pobytu w alpejskich kurortach. Wyciągi czynne są tylko do godziny 17:00 – w przeciwieństwie do części ośrodków w Polsce szlaki nie są oświetlone.

Magda wykupiła sobie lekcje jazdy na snowboardzie, dzięki czemu stwierdziliśmy, że również tutejsi instruktorzy mają podejście iście francuskie. Piętnastominutowe spóźnienie oraz brak komunikacji między szkołą a instruktorem, który przypadkiem tylko przyszedł na chwilę do biura w czasie już trwającej teoretycznie lekcji, nawet nas nie zdziwiło…

Jadąc w Alpy, obowiązkowo należy posiadać przy sobie łańcuchy śniegowe i być przygotowanym na nieobliczalną pogodę – pisząc to, słucham w radiu informacji o tym, że dopiero dzisiaj otworzono poblokowane od weekendu z powodu lawin i obsunięć ziemi po bardzo silnych opadach śniegu drogi w pobliskich górach (wspomniane resorty Isola 2000 i Auron). Ludzie, którzy w weekend znajdowali się w tych ośrodkach, nie mogli się z nich wydostać – dopiero wczoraj drogi zostały otwarte na kilka godzin dla wracających. Ten weekend zapowiada się na szczęście słonecznie i z pewnością nie odmówimy sobie kolejnego aktywnego dnia na stoku.

Bartek